Kozły wracają do domu z niebezpiecznym bagażem – nie chodzi jednak o nadbagaż, tylko o straty 0-2 w serii z Indiana Pacers. Po kolejnym meczu, w którym nie brakowało emocji, błędów i nieskutecznej obrony, Bucks muszą zrobić coś, czego jeszcze nie zrobili: zagrać jak zespół walczący o życie.
Pacers 123 – Bucks 115
Gainbridge Fieldhouse znów okazała się pułapką – tym razem zamknęła się na dobre. Choć Giannis dał z siebie wszystko (34 punkty, 18 zbiórek, 7 asyst), Bucks kolejny raz polegli. Tym razem głównym katem był Pascal Siakam (24 pkt), ale to raczej kolektywna przewaga Pacers nad rolą Bucks przesądziła o wyniku.
Czego się nauczyliśmy?
Obrona Bucks to mit
Pacers rozciągali defensywę Milwaukee jak gumę z balonów na imprezie dla trzylatków. Pierwsza rotacja? OK. Druga? Jakoś poszła. Ale przy trzeciej czy czwartej – Indiana już miała czyste pozycje. W tak intensywnej serii każda luka w obronie to śmierć na raty. Bucks nie byli gotowi.
Trzy kluczowe obserwacje
1. Giannis nie może robić wszystkiego
Po 36 punktach w Game 1, Giannis znów zrobił swoje – i jeszcze trochę. Problem w tym, że po nim najlepszym zawodnikiem… jest zawodnik Pacers. Reszta Bucks zniknęła w cieniu, a choć Damian Lillard wrócił i grał 37 minut, to bez wkładu graczy drugiego planu Milwaukee tonie.
2. Kevin Porter Jr. – totalna kompromitacja
Trudno o bardziej frustrujący występ. KPJ gubił piłkę jak gorącego ziemniaka, oddawał fatalne rzuty, a na deser popełnił flagrant łapiąc Thomasa Bryanta za kostkę… To nie ten Porter, którego oglądaliśmy w końcówce sezonu. Bucks potrzebują go tu i teraz. Inaczej nie mają szans.
3. Bobby Portis – ogień z ławki
Jeśli ktoś miał paliwo, to właśnie on. 28 punktów, 12 zbiórek, 6 trójek. Portis dał Bucks szansę na życie, zwłaszcza w końcówce, kiedy trafiał z dystansu jak w transie. Po 25 meczach zawieszenia wrócił jak zawodowiec – i zyskał pełne zaufanie sztabu.
Bonusowe smaczki z Game 2
- Kuzma i Prince nadal wyglądają jakby pomylili boisko z deptakiem – brak intensywności, brak decyzyjności. Doc Rivers zasugerował możliwe zmiany w Game 3. I dobrze. Czas na konkrety.
- Brook Lopez znów pokazał klasę w obronie (4 bloki), ale nie wystarczy jedna latarnia w środku lasu.
- Jericho Sims dostał tylko 8 minut, ale jego obrona to był powiew świeżości. Czy dostanie więcej w Game 3?
- 19 strat Bucks vs 8 Pacers. Przy takiej różnicy nawet Giannis nie pomoże. Kozły nie wymuszają strat, a sami oddają punkty za darmo.
- Lillard i Haliburton znów „rozmawiali” – tym razem na koniec meczu. Czekamy na rewanż w Fiserv Forum. Z popcornem.
Co dalej?
Gra wraca do Milwaukee. Bucks mają jedną opcję – odpowiedzieć siłą, nie tylko fizyczną, ale psychiczną. Muszą walczyć, gryźć parkiet i przede wszystkim – przestać być przewidywalni. Indiana zyskała przewagę, ale to Bucks mają nóż na gardle.
Game 3 – piątek. Jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, to przypomnę słowami z wczoraj: