Wstałem o czwartej rano, bo obróbka tytanu na automatach wzdłużnych sama się nie zoptymalizuje. Trzysta kilometrów w jedną stronę, walka z drogą, zgagą i zmęczeniem, a teraz siedzę przy biurku i patrzę na wygazowującego się Żubra, który smakuje tak samo gorzko jak to, co czytam na ekranie. Bleeeeh. W jednej ręce kabanos, w drugiej telefon, który nie przestaje wibrować – Messenger i WhatsApp płoną, bo koszykarska brać znająca moją sportową słabość wie, że jestem z Bucks od 2002 roku, a z Giannisem od jego pierwszego kroku na w Bucks. Nostalgia uderza mocniej niż mój bark w ultra szybkim-łamiącym-nos-Muchy pivocie w na osiedlowym boisku na Roosevelta w 2001 roku, a oczy szklą się w sposób, do którego dorosły facet niechętnie się przyznaje.
Shams nie żartuje. „Bucks rozmawiają z innymi zespołami w sprawie Giannisa”. Bang. Prosto między oczy. Kilka razy już jego zapowiedzi o wymianie kończyły się nieprawdą i przez moment chciałem na to patrzeć sceptycznie, ale jak informacje pojawiły się lawinowo z innych źródeł na ESPN, chyba przyszedł czas, żeby się z tym pogodzić. Giannis ma dość. Jego frustracja narastała przez cały sezon, a ostatnie porażki i brak chemii w zespole przelały czarę goryczy.
Mam wrażenie, jakby ktoś właśnie wyłączył muzykę na imprezie, która trwała trzynaście lat. Pamiętam go z 2013 roku – chudy dzieciak z rączkami jak patyczki , który biegał sprintem na mecze w środku zimy, bo przez pomyłkę przelał całą kasę rodzinie do Grecji. Pamiętam, jak Zaza Pachulia śmiał się, że Giannis pytał go o sposoby na niepłachcenie podatków , i jak wyjmował buty ze śmietnika, bo dla chłopaka z biednych Aten nic nie mogło się zmarnować. Jak ci się nudzi, poszukaj, co o nim pisałem ponad dekadę temu. Trochę tego będzie…
Dzisiaj ten „słodki dzieciak” jest dwukrotnym MVP, mistrzem NBA i człowiekiem, który pobił niemal każdy istotny rekord w historii Bucks. Przeskoczył standardy Kareema Abdula-Jabbara. Zrobił wszystko. I teraz, patrząc na ten bilans 18-27 i 12. miejsce na wschodzie, czuję po prostu cholerny żal.
Ale powiedzmy to sobie otwarcie: sami sobie ten stryczek ukręciliśmy. Pierwszym i kardynalnym błędem było rozwalenie mistrzowskiego fundamentu przez pozbycie się Jrue Holidaya. To on był sercem tej defensywy, gościem, który trzymał to wszystko w ryzach. Potem poszliśmy o krok dalej w tę spiralę absurdu, zatrudniając Doca Riversa – trenera, który od lat udowadnia, że jego jedynym pomysłem na grę jest brak pomysłu. Na dobitkę pozbyliśmy się Khrisa Middletona,który był z Giannisem od początku, był jego najlepszym przyjacielem i jedynym gościem w szatni, który potrafił go uspokoić samym spojrzeniem. To nie był tylko trade zawodnika; to była amputacja boiskowej tożsamości Milwaukee.
Jon Horst próbował wszystkiego. Agresywne ruchy, ściągnięcie Lillarda, potem Mylesa Turnera. To była desperacka ucieczka do przodu, która zostawiła nas z pustą szafką i kadrą, w której średnia wieku przypomina spotkanie absolwentów. Rachunki w końcu przyszły do zapłacenia. Giannis ma prawo być sfrustrowany. Kiedy powiedział, że chemia padła, a gracze są samolubni, widać już, że to nie jest tylko „zły dzień w biurze”. To wyrok.
Cokolwiek się stanie, Giannis pozostanie legendą, której nikt nigdy nie zapomni. Jeśli zdecyduje się odejść, ma u mnie pełen szacunek. Zapracował na to każdym potem wylanym na treningach, każdą zbiórką i każdym wsadem nad LeBronem. Niech tylko, na litość boską, nie trafi do jakiegoś gówno-klubu, gdzie jego talent utonie w przeciętności.
A Bucks w najgorszym wypadku? W najgorszym wypadku po prostu wrócimy do bycia najbardziej przeciętnym klubem w NBA. Do tego szarego, bezpiecznego miejsca, w którym zakochałem się te dwadzieścia kilka lat temu. Kiedy nikt od nas nic nie oczekiwał, a jedyną radością był szalony slogan Brandona Jenningsa „Bucks in 6” rzucony w 2013 roku zupełnie bez pokrycia, a potem wyryty w złocie na mistrzowskich pierścieniach. Może właśnie tego teraz potrzebujemy? Powrotu do korzeni. Czekania na kogoś, kto znowu będzie latał nad obręczami bez kompleksów. Potrzebujemy tylko nowego Desmonda Masona.
Jeśli odejdziesz…. trzymaj się, Freak. Dzięki za wszystko.
Zostaw odpowiedź