Dlaczego odejście Riversa to najlepsze, co spotkało Bucks od mistrzostwa.

To nie jest kolejny tekst o tym, że przegraliśmy mecz. To tekst o tym, jak przez miesiące (dłuugie miesiące) patrzyliśmy na powolne duszenie wszystkiego, co w Milwaukee było radosne, dzikie i nieprzewidywalne. Doc Rivers odszedł, a ja zamiast analizować boxscore, wolę przeanalizować sekcję zwłok jego warsztatu, bo to, co zrobił z tym zespołem, zasługuje na miano sabotażu ubranego w drogi garnitur i chrypkę doświadczonego mentora. W podobnym tonie pisałem w 2018, kiedy żegnaliśmy się z Jasonem Kiddem – dla ciekawych zostawiam link: https://dawidksiezarczyk.com/2018/01/23/czy-ciesze-sie-po-zwolnieniu-kidda/.

Ostatni taniec Doca, czyli jak spalić fortunę w Milwaukee

To oficjalne: Doc Rivers wypada z obiegu. Shams rzucił bombę, a w Wisconsin wystrzeliły korki od szampana, choć to szampan gorzki, pity na gruzach gównianego sezonu, który miał być przecież marszem po pierścień. Rivers odchodzi, zostawiając po sobie zgliszcza i bilans, który wygląda jak żart z Telegazety. Bucks będą mu płacić jeszcze przez rok za to, żeby trzymał się od Fiserv Forum z daleka i jest to prawdopodobnie najdroższy bilet w jedną stronę w historii tego stanu (nie licząc oczywiście kontraktu Lillarda).

Pamiętacie, co pisałem, gdy go zatrudniali? Ostrzegałem, że branie Doca to jak próba robienia rejuwenacji waginy za pomocą kamienia łupanego. Rivers w Milwaukee to była opowieść o stagnacji, o braku pomysłu i o tragicznym „coaching by reputation”. Doc przyjechał tu jako zbawca defensywy, a zostawił po sobie sito. Byliśmy jak bokser wagi ciężkiej, który zapomniał, jak trzymać gardę, bo trener w narożniku zamiast kazać mu unikać ciosów, opowiadał anegdoty o tym, jak to w 2008 roku w Bostonie wszyscy się kochali.

Moim zdaniem głównym grzechem Doca był brak jakiejkolwiek adaptacji. On wierzył w systemy, które liga przeżuła i wypluła pięć lat temu. Kiedy świat gra tempem, on zaciągał hamulec ręczny. Kiedy rywale rzucali nam w twarz trójkę za trójką, on stał z założonymi rękami, mrużąc oczy, jakby próbował dostrzec sens tam, gdzie była tylko jego własna niemoc. Milwaukee stało się 21. ofensywą ligi – to jest zbrodnia, mając w składzie Giannisa. To tak, jakbyś swoim nowiusieńkim Maserati Ghibli dojeżdżał wyłącznie do pobliskiego sklepu po fajki i małpkę, nigdy nie wrzucając drugiego biegu.

Kolejna sprawa to zarządzanie ludźmi. Doc wchodził w konflikty tam, gdzie potrzebna była cisza, i milczał tam, gdzie trzeba było uderzyć pięścią w stół. Jego publiczne narzekanie na przygotowanie fizyczne zawodników po tym, jak sam nie potrafił ustawić rotacji, było szczytem hipokryzji. To był klasyczny Doc – zawsze winny był ktoś inny: sędziowie, zmęczenie, kalendarz, faza księżyca. Nigdy człowiek z tabliczką w ręku.

Najgorsze w tym wszystkim nie jest samo odejście Doca. Najgorsza jest ta toksyczna chmura, którą zostawił nad Giannisem. Doc na odchodne rzucił te swoje zatrute ziarno o tym, że „gwiazdy mogą patrzeć na zewnątrz”. To boli najbardziej. My, kibice w Milwaukee, jesteśmy przyzwyczajeni do chłodu znad jeziora, ale ten chłód w relacjach na linii gwiazda-zarząd to nowość, którą zawdzięczamy między innymi chaosowi na ławce. Giannis grał najmniej meczów w karierze, a w tle słyszeliśmy tylko o tarciach i braku porozumienia co do jego zdrowia. Rivers zamiast chronić swój największy skarb, wystawiał go na strzał, szukając wymówek dla własnych niepowodzeń.

Budujemy to wszystko od lat. Orazy z mistrzowskiego 2021 roku już się wycierają, obraz na youtubie śnieży, a my wciąż próbujemy żyć tamtymi emocjami. Potrzebujemy nowej energii, a nie emerytowanych trenerów, którzy żyją przeszłością i nazwiskiem, które straciło termin przydatności dekadę temu. Ktokolwiek przejmie tę ławkę, musi wiedzieć jedno: w Milwaukee nie ma już miejsca na marketingowe „łapanie za rękę” i opowiadanie bajek o DNA mistrza. Albo wchodzisz na parkiet i masz plan, który nie opiera się na modlitwie do indywidualnych popisów liderów, albo pakuj walizki tak szybko jak Doc.

Teraz oczy wszystkich zwrócone są na Grecję. Wiemy, jak działa Giannis – on nie znosi próżni, a ten sezon zostawił w nim ranę, której nie zalepi żadna kasa. Wierzę, że te wakacje będą inne. Widzę go, jak zamyka się w sali, odcina od szumu i wściekle pracuje nad tym, by znów stać się tą siłą natury, która nie prosi o miejsce pod koszem, tylko je sobie bierze. Bez Doca nad uchem, z nowym otwarciem w klubie, Giannis może w końcu odzyskać tę radość z dominacji, którą nam wszystkim zabrano. To lato to nie tylko czas na leczenie kolan, to czas na odzyskanie tronu. Milwaukee chrzci nas bólem, ale czuję, że to, co narodzi się w ciszy tych wakacji, jesienią rozniesie tę ligę w pył (albo całkiem się rozjebie, zobaczymy).


Posted

in

,

by

Comments

Zostaw odpowiedź




Odkryj więcej z ...proud Bucks fan since 2002

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Nie przegap żadnego felietonu

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Dołącz do 19 innych subskrybentów

Czytaj dalej