Górnik Wałbrzych jeszcze niedawno fetował historyczny triumf w Pucharze Polski, a w ligowej tabeli pukał do czołówki. Dziś jednak beniaminek Orlen Basket Ligi znalazł się na zakręcie – przegrał sześć z ostatnich siedmiu meczów ligowych, notując spektakularny zjazd formy. Co poszło nie tak do tego stopnia, że znowu siedzę razem z pulsbasketu.com i przeglądam cyferki z ostatnich spotkań? Boiskowe realia wskazują na wyraźne załamanie ofensywy, stopniowy rozpad żelaznej defensywy oraz problemy kadrowo-taktyczne, które wspólnie zepchnęły rewelację początku sezonu w głęboki dołek.
Ofensywa stanęła w miejscu
Jeszcze w pierwszej rundzie sezonu Górnik słynął z rozsądnego ataku – wygrywając 12 z pierwszych 18 spotkań, zdobywał punkty efektywnie i potrafił dyktować tempo gry. Co widać gołym okiem, od początku marca produktywność ofensywna drużyny dramatycznie spadła: od 2 marca wałbrzyszanie notują zaledwie 105.4 punktu na 100 posiadań, co jest drugim najgorszym wynikiem w lidze. Dla porównania, średnia ofensywna Górnika wcześniej oscylowała w okolicach przyzwoitych 109 punktów/100 posiadań. W praktyce przekłada się to na mecze, w których Górnik raz za razem nie dobija nawet do 70–75 punktów (porażki 62:76 czy 63:82), a zdobycie 80 „oczek” stało się wyzwaniem. Zespół gra wprawdzie wolno (około 71 posiadań na mecz), ale to nie tempo jest problemem – to skuteczność i egzekucja akcji w ataku. Górnicy trafiają gorzej niemal z każdej strefy boiska niż przeciętny zespół w lidze: w niemal wszystkich rejonach parkietu efektywność ofensywna Górnika jest poniżej średniej PLK – wyjątkiem są tylko rzuty za trzy z prawego rogu i prawego łokcia, gdzie Toddrick Gotcher, Grzegorz Kulka oraz Alterique Gilbert akurat imponują skutecznością. To jednak za mało, by maskować ogólny ofensywny marazm.
Statystyki indywidualne liderów także malują niepokojący obraz. Ike Smith, MVP styczniowo-lutowego maratonu Górnika, po Pucharze jakby zatracił formę strzelecką – notuje średnio tylko 12.3 punktu, a trafił zaledwie 25,3% rzutów za 3 w sezonie. Jego wskaźnik efektywności PER spadł do przeciętnego poziomu 14.9, co oznacza, że gra daleko poniżej swoich możliwości z pierwszej połowy rozgrywek. Dla porównania Toddrick Gotcher utrzymuje solidne 13.6 pkt i PER 15.9, ale to gracz bardziej zadaniowy – jego użycie w ataku (USG ok. 21%) jest dużo niższe niż u Smitha (ponad 31%). Innymi słowy, najważniejszy strzelec Górnika złapał zadyszkę, a pozostali nie przejęli ciężaru zdobywania punktów w wystarczającym stopniu. Gilbert wniósł co prawda energię (14.3 pkt i 4.7 asysty na mecz), ale i on nie jest cudotwórcą – gdy prowadzi grę drugiego składu, drużyna notuje -4.4 punktu na 100 posiadań (Net Rating), podczas gdy z Gotcherem na parkiecie ma aż +13.2. To sugeruje, że drugi garnitur Górnika zawodzi, a rotacje nie zapewniają płynności w ataku.
Rezerwowi nie dają impulsu
Siłą wałbrzyskiego beniaminka miała być głębia składu – w końcu ok. 38% punktów pochodziło u Górnika ze zmienników, a Polacy tacy jak Dariusz Wyka, Kulka czy Maciej Bojanowski często wnosili wiele z ławki. W ostatnich tygodniach ten atut przybladł. W przegranym 72:79 boju z Legią rezerwowi Górnika zdobyli łącznie tylko 17 punktów (23% dorobku drużyny), podczas gdy rywale z Warszawy dostali z ławki co prawda niewiele więcej bo 21 punktów i ale dorzucili kluczowe trafienia w końcówce. Wyka, będący ostoją pod koszem, wciąż robi swoje – notuje średnio 10.2 punktu i 7.3 zbiórki, imponuje najlepszym w zespole PER 22.5 – lecz nawet jego rekordowe występy (np. 19 pkt, 9 zb. i 7 as. przeciw Spójni nie zawsze wystarczają. Co więcej, paradoksalnie z Wyką na parkiecie bilans punktowy Górnika jest minimalnie ujemny (Net Rating -1.3), co wskazuje, że jego świetna gra nie przekłada się na przewagę w wyniku. Joshua Patton co prawda nie błysnął jako jeden z topowych blokujących ligi (średnio niemal 1 blok na mecz) i co więcej bywa chimeryczny w ataku (8 punktów na mecz). Polska rotacja Górnika, choć solidna, nie daje ostatnio „nadprogramowego” impulsu w ofensywie – młodzi Kacper Marchewka czy Aleksander Wiśniewski punktują śladowo, a Bojanowski miewa mecze bez zdobyczy. W efekcie, gdy słabiej dysponowani są zagraniczni liderzy, brakuje drugiej linii ognia, która zatrzymałaby serię błędów. Trener Andrzej Adamek próbował mieszać ustawieniami – zmieniał pierwszą piątkę, rotował obcokrajowców (limit czterech* jednocześnie na boisku wymusza zresztą żonglerkę składem) – jednak nie znalazł dotąd złotej piątki, która poderwałaby drużynę do przełamania.
Pękająca defensywa i błędy w strategii
Na początku sezonu Górnik imponował twardą obroną – rywale zdobywali przeciw niemu średnio tylko 76,6 punktu na mecz, mając wyraźne problemy ze skutecznością pod koszem. Wałbrzyszanie świetnie bronili strefy podkoszowej (przeciwnicy trafiali o 5% gorzej niż zwykle w „pomalowanym”) i trójek z narożników. Ten defensywny szkielet sukcesu zaczął się jednak kruszyć. Ostatnie tygodnie przyniosły mecze, w których Górnik tracił ponad 100 punktów – „Nasza defensywa w tym meczu nie istniała. Straciliśmy ponad sto punktów, to poziom nieakceptowalny” – grzmiał Ike Smith po porażce 85:102 w Toruniu, który szerzej opisywałem również na stronie. Miał rację: jeszcze starcie ze Stalą Ostrów (104:108) można było tłumaczyć dwoma dogrywkami, ale 102 punkty wpuszczone przez 40 minut z Twardymi Piernikami obnażyły wszystkie dziury. Zawiodła agresywność i koncentracja – „Zaczęliśmy mecz bardzo miękko w obronie… Przy skuteczności rywala byliśmy karani przy każdej próbie podwojenia” – analizował trener Adamek po kolejnym nieudanym spotkaniu. Wcześniej Górnik słynął z rotacyjnej pomocy w obronie, teraz przeciwnicy rozrzucają piłkę na obwód i znajdują otwarte pozycje. Przykładem Legia Warszawa, która w czwartej kwarcie niedawnego meczu w Wałbrzychu trafiała kluczowe rzuty zza łuku (McGusty 29 pkt raz za razem punktował z dystansu). Spadek jakości obrony widać też w statystykach zaawansowanych – od marca DefRating Górnika pogorszył się do poziomu 113.7 punktu traconego na 100 posiadań (6. wynik w lidze, wcześniej był w ścisłej czołówce).To wciąż niezły rezultat, ale już nie na tyle elitarny, by rekompensować mizerię w ataku.
Pucharowa euforia i ciężar oczekiwań
Trudno uciec od wrażenia, że psychologia także odegrała rolę w kryzysie Górnika. Sam trener Adamek przyznał, że po sensacyjnym zdobyciu Pucharu Polski zespół dopadła „duża pustka emocjonalna”. – „Nadeszła korekta naszego wyniku, musimy sobie z tym poradzić i wrócić na właściwe tory” – mówił szkoleniowiec po trzeciej z rzędu porażce. Rzeczywiście, rzeczywistość ligi szybko zweryfikowała pucharowego czarnego konia. Rywale rozpracowali styl beniaminka, zaczęli lepiej przygotowywać się pod Ike’a Smitha i spółkę. Gdy tylko zabrakło elementu zaskoczenia, Górnik stał się „tylko” solidną drużyną – a solidność nie wystarcza, by wygrywać co tydzień w tak wyrównanej lidze. Być może doszło też zmęczenie – fizyczne i mentalne – w końcu w krótkim czasie wałbrzyszanie rozegrali intensywny turniej pucharowy i wrócili do maratonu ligowego.
Wniosek? Górnik Wałbrzych wpadł w dołek (nomen omen) i żeby się z niego wydostać, musi odnaleźć swoją tożsamość z początku sezonu. Poprawa ataku to absolutna podstawa – bez odblokowania strzelb Smitha i Gotchera oraz większego wsparcia punktowego z ławki kolejne mecze znów mogą skończyć się w okolicach 60–70 punktów. Do tego powrót do agresywnej obrony, z której słynęli, i lepsza komunikacja w defensywie, by ograniczyć seryjne zdobycze rywali. W Wałbrzychu wciąż tli się nadzieja, że ten kryzys to tylko chwilowa zadyszka beniaminka. Drużyna nadal jest w grze o play-off (mimo serii porażek wciąż plasuje się w okolicach 6–7 miejsca), ale margines błędu się wyczerpał – przewaga nad dziewiątym zespołem stopniała do symbolicznych dwóch punktów. Jeśli Górnik nie chce, by piękny sen o potędze zamienił się w koszmar niespełnienia, musi jak najszybciej przekuć analizy na czyny na parkiecie. Czas znów zasypać rywali gradem punktów i zamknąć własny kosz na cztery spusty – inaczej dolnośląska sensacja sezonu może skończyć swoje rozgrywki szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
Dziękuję, że chciało Ci się przeczytać. Przy okazji polecam też przeczytać źródła, na których się opierałem:
- przede wszystkim zaawansowane statystyki z pulsbasketu.com <- love is love!
- standardowe statystyki z plk.pl
- „Obronić własny parkiet przed beniaminkiem”
- „Legia Warszawa odrobiła straty”
- „Górnik z formą kompletnie zakopany”
- * jasne, że czterech, a nie trzech. Dzięki za czujność Maćku. 🙂
Dawid Księżarczyk (@daveknot2309)
