— dla pełnej immersji, nostalgii i czego tam jeszcze chcesz, czytaj linki —
Opadł kurz po najbardziej szokującym lecie w Wisconsin od dekad. Giannis Antetokounmpo, mój bastard, który poszedł na króla i odmienił nasze miasto, spakował walizki na South Beach (w ogóle czytanie swoich tekstu z 2019 na parę dni przed narodzinami córki ma mega moc nostalgii). Chwilę wcześniej Doc Rivers spakował je jeszcze w kwietniu. Zamiast nich w Fiserv Forum meldują się Tyler Herro, Caris LeVert i młodzi gniewni próbujący udowodnić swoją wartość w lidze. Patrzę na ten skład w przededniu sezonu 2026/27 i ku mojemu własnemu zaskoczeniu, nie czuję gniewu ani żalu po pożegnaniu naszej legendy. To specyficzne, melancholijne uczucie, kiedy wraca uwielbiana przeze mnie przeciętność. Chłodne zimy w Milwaukee i zakurzone korytarze starego Bradley Center znowu dominują poniedziałkowy wieczór.
Kiedy w 2002 roku – tuż po pożegnaniu się z Ray’em Allenem i przywitaniem z Desmondem Masonem – zacząłem kibicować tej drużynie na dobre, rzeczywistość była bardzo prosta: potężnym sukcesem był dla nas sam awans do play-offów. Przez lata oglądałem schyłkowego Toniego Kukoča, który swoimi mądrymi, choć już dramatycznie wolnymi podaniami próbował reanimować nasz atak. Pamiętacie czasy, gdy Zaza Pachulia był dla Milwaukee głównym symbolem podkoszowej walki (rok 2014, czytaj!), a Michael Redd w pojedynkę rzucał po 30 punktów (rok 2015 z ekipą SzóstegoGracza, czytaj!) w meczach, z których większość i tak ostatecznie przegrywaliśmy? Dzisiejszy trzon zespołu z Kyle’em Kuzmą i Tylerem Herro zapowiada się jak brutalny, acz sentymentalny powrót do tamtej samej filozofii. Znów będziemy zachwycać się statystykami naszych strzelców, podczas gdy drużyna z mozołem będzie modlić się o bilans dający około 38-40 zwycięstw.
Gdy dogłębniej analizuję obecny, wysoce dziurawy w defensywie obwód zbudowany przez front office, nie mogę oprzeć się jeszcze innej historycznej analogii. Herro, świeżo odnowiona wielomilionowa umowa Gary’ego Trenta Jr. i zadaniowcy w typie LeVerta wyglądają niemal jak duchowa reinkarnacja naszego kultowego duetu z 2012 roku: Monta Ellis i Brandon Jennings. „Monta have it all” – zwykł wtedy z ogromną pewnością siebie mawiać o sobie sam Ellis, a my wierzyliśmy, że to wystarczy na wygrywanie. Tamten backcourt, dokładnie tak samo jak nasz dzisiejszy, gwarantował widowiskowe rzuty z każdej pozycji, regularny ogień w ataku i absolutny, rażący w oczy brak jakichkolwiek barier obronnych, przez co rywale wchodzili w naszą pomalowaną strefę jak w masło. Teraz czeka nas „powtórka z rozrywki”. Ofensywa Taylora Jenkinsa będzie szybka, obręcze będą płonąć, ale w zderzeniu z prawdziwymi pretendentami do tytułu na wschodzie, cała ta radosna koszykówka złoży się przy najdrobniejszym naporze fizycznym.
Przez ponad dekadę z okładem, za sprawą pewnego Greka z numerem 34, żyliśmy w Milwaukee jak królowie. Przyzwyczailiśmy się do tej jednej jedynej, cudownej mistrzowskiej parady, którą przegapiłem, do luksusu bycia w centrum ligowej uwagi i do faktu, że koszykarska Ameryka musi na nas uważać. Czas ściągnąć korony. Jesteśmy małym rynkiem, dla którego tego typu dynastia była wręcz anomalią – przepiękną, zasłużoną, ale jednak przerwą od naszej historycznej normy. Wchodzimy w zupełnie nowy etap. Pełen błędów, eksperymentów i trudnych lekcji zrzuconych na barki utalentowanych chłopaków takich jak Jaime Jaquez Jr. czy młodzi debiutanci.
Być może powstanie z tego solidny monolit.
Na ten moment radzę jednak usiąść wygodnie i zapiąć pasy.
Wracamy do domu, gdzie wita nas stara, dobrze nam znana, koszykarska przeciętność.
PS.
Sportowa, życiowa tułaczka to przepiękna rzecz. W czasie pisania tekstu mam przed oczami siebie 10, 15- 20 lat temu. Krótkie nawiązania do Jenningsa-Ellisa przypominają o zmienianych pieluchach 14 letniego już syna. Zaza Pachulia i narodziny 7 letniej już uczennicy pierwszej klasy. „Lata lecą, a ja to wciąż ja…podpisano Gutek.” I dziś też, wchodzimy w nowy-stary świat Bucks, a dla mnie to kolejny przystanek. Za rogiem liceum, dalsze usamodzielnianie się #MikeThePierworodny, nieustanna duma. Z jednego i drugiej. Fajny jest ten sport jak pozwala Ci siedzieć z dumą w tym samym miejscu, przy tej samej klawiaturze, i mimo że skład Bucks się rozpada, a historia powoli przelatuje nam koło nosa, czujesz autentyczną wdzięczność, że nadal możesz robić to, co robisz. Dla 7 czytelników. I 3 botów.
Dziękuję ;D
Zostaw odpowiedź