Na wkurwie słyszę dźwięk pękającego lodu w szklance. Nie, to nie jest ten przyjemny, relaksujący brzdęk, który zwiastuje spokojny wieczór po ciężkim dniu. To zimny, wjebujący się w uszy dźwięk, który przypomina ci, że będziesz musiał znieczulić się tanią łychą z biedry, żeby przetrawić to, co zaserwował Śląsk na otwarcie sezonu. Oglądam ten zespół od 1994 roku. Wychowałem się na chłodnej, walącej szlugami Hali Ludowej , balkon C, izometryczny rzut na parkiet. Miłość i ciary do dziś. Widziałem już sezony, w których brakowało wszystkiego. Ale kurwa, tak fatalnego, pozbawionego absolutnie jakiejkolwiek godności i zaangażowania startu sezonu po prostu nie pamiętam. A to dopiero wpis po dwóch pierwszych meczach…
Chcesz odciąć na chwilę emocje, które pulsują pod skroniami z każdym uderzeniem tętna i spojrzeć na liczby? Proszę bardzo. Zrobię to bezlitośnie, jak mój ukochany wujek po komunii, kiedy zaszedł mnie od tyłu kiedy po raz pierwszy w życiu przymierzałem niewinny zegarek z uśmiechniętą myszką Miki.
Dwa mecze. Z Buducnostią Podgorica u siebie i z Arką Gdynia na wyjeździe. Bilans? Zero do dwóch. Różnica punktów? Minus 49. Pozwoliliśmy rywalom rzucić 99 i 95 punktów. Średnio tracimy 97 punktów na mecz. To nie jest po prostu zła obrona. To jest defensywna autostrada, na której nasi zawodnicy rozchylają nogi jak u ginekologa, zapraszając rywali prosto do środka. W meczu z Buducnostią zespół z Czarnogóry wjechał w nasze pomalowane jak w masło, trafiając 56% rzutów za dwa i ponad 42% z dystansu. Taki Matt Morgan rzuca nam 23 punkty, Iverson Molinar dokłada 15, a my? My po prostu patrzymy i dolewamy lubrykanta.
To, co przeraża w tych statystykach najbardziej, to kompletny brak zgrania. Koszykówka to sport oparty na zaufaniu i spacingu, a nasz zespół wygląda, jakby tych kilkunastu gości poznało się wczoraj na dworcu głównym we Wrocławiu, zjadło knyszę, wsiadło w „piętnastkę”, przejechało parę przystanków i spacerkiem doszło na trening w Kosynierce. Atak to piętnastosekundowe klepanie piłki w miejscu, które irytuje bardziej niż odpalane w 5 sekundzie akcji trójki Watsona. Z Arką Gdynia Anthony Hickey i Isaiah Moore uciułali po 14 punktów, w dużej mierze izolacyjnymi akcjami, które nie miały nic wspólnego z taktyką i pomysłami trenera. Jesteśmy zlepkiem indywidualności, bez systemowego ruchu bez piłki. Gdzie tu flow? Gdzie płynność, która kiedyś sprawiała, że w Ludowej/Orbicie kibice podrywali się z krzesełek, żeby gromkim „WUUKKAAAEESS” zachęcić zespół do jeszcze większego zaangażowania?
A co się dzieje na deskach?
Koszykówka zaczyna się od zbiórki, a ta zaczyna się od charakteru. W złotych latach 90., żeby zebrać piłkę w ataku, trzeba było mieć jaja, wstawić łokieć pod żebro i zostawić trochę krwi na parkiecie.
Zastaw się dupą.
Jebnij łokciem.
Przestaw obrońcę.
Patrz na tor lotu piłki.
Przewiduj.
Walcz.
Chciej, kurwa!
Dzisiaj Śląsk przegrywa walkę o zbiórki w sposób zawstydzający. Oddajemy punkty drugiej szansy z regularnością, która boli. Zero zastawienia. Zero chęci powrotu do obrony po własnej stracie. Zawodnicy nie walczą o pozycję – dają się zepchnąć, jakby parkiet był z lodu, a oni mieli na nogach łyżwy. To nie jest kwestia braku centymetrów w rotacji. To jest kwestia braku woli walki. Boli, gdy wiesz, że rywal zaraz znowu zbierze w ataku i dołoży łatwego lay-upa, a ty stoisz obok i nie masz w sobie za grosz sportowej złości, żeby mu to uniemożliwić.
Nie mylmy formy z zaangażowaniem. Rzut ma prawo cię opuścić – skuteczność za trzy przeciwko Buducnosti na poziomie 37%, rzuty osobiste trafiane z zaledwie 59-procentową dokładnością – to wszystko jest do wyćwiczenia.
Ale kiedy rywal zbiera piłkę znad twojej głowy, a ty nawet nie wyciągasz rąk, problem leży znacznie głębiej. Śląsk przypomina w tej chwili malinówkę, do której ktoś zapomniał nalać spirytusu i wmawia nam, że i tak się fajnie najebiemy…
Polewam resztki z butelki, radość kolejnego shota whisky miesza się z goryczą porażki. Śląsk od dekad nie daje powodów do regularnej satysfakcji z gry i pracy backoffice’u, ale jeśli ci gracze bardzo szybko nie przypomną sobie, jaki ciężar niesie koszulka, w której biegają, znowu obudzimy się z sezonem rozbitym w pył, zanim ten na dobre się w ogóle zaczął.
Zostaw odpowiedź