Paszport z kiosku. Dlaczego łapanka do kadry to droga donikąd

Są takie chwile, kiedy człowiek odpala neta i czuje się jak w starym komisie z używanymi gitarami: pachnie historiami, ale co druga struna pęknięta. „Jordan Loyd jest już z reprezentacją Polski”. Klikam. I widzę amerykańskiego strzelca, który jeszcze wczoraj grał w finale Euroligi, a dziś robi uśmiech do kamer w Spodku. I niby wszystko jest w porządku – profesjonalista z nazwiskiem, mistrzostwem z NBA (takim mistrzostwem z wielką gwiazdką * ale to już pomijam), Euroliga, highlighty, step-backi, rzut miękki jak brzuch dziewczyny XXL tańczącej na kawalerskim twojego nowego taty. Ale we mnie to włącza ten dobrze znany, marudny tryb starego tetryka, który wychował się na naftalinie i chłodnych halach, i który ciągle wierzy, że kadra to nie klub, a paszport to nie voucher na szybki wynik.

Ustalmy na dzień dobry – nie mam problemu z Jordanem Loydem jako koszykarzem. Wręcz przeciwnie – szanuję, oglądam, wiem, co potrafi. Mam problem z tym, że my, jako koszykarskie państwo o jakiejś tożsamości, o jakichś dzieciach biegających po Orlikach i po klepiskach w małych miasteczkach, po raz kolejny mówimy im: „słuchajcie, kochani, jak dorośniecie, to i tak przyjedzie ktoś z zewnątrz, kto załata dziurę szybciej”. I to w imię czego? W imię tej jednej trójki w czwartej kwarcie, która ma przykryć lata zaniedbań, rezygnacji, zaniechania? Tego nie kupuję, nawet jeśli highlighty podpalą timeline.

W klubie możesz budować jak chcesz: ściągasz strzelca, dokładasz weterana, montujesz locker room z pięciu języków i trzech kultur, bo jutro jest mecz o play-offy i musisz. Reprezentacja nie jest od tego. Reprezentacja to ma być lustro – brzydkie czy piękne, ale nasze. Jeżeli w tym lustrze co roku doklejasz czyjąś twarz na taśmę dwustronną, bo brakuje rozgrywającego, bo nie mamy shot creation, bo spacing jest z dupy, to w końcu nie wiesz, na kogo patrzysz. A kibic przecież chce wiedzieć: to są nasi. Z całym pakietem: z akcentem, z błędami, z niedoskonałościami, z 15 sekundowym klepaniem w jednym miejscu, które irytuje, ale jest swoje.

I teraz usłyszę: „Halo, stary, ale wszyscy tak robią. FIBA pozwala na jednego naturalizowanego”. Jasne, wszyscy tak robią. Tyle że ja nie jestem menedżerem od „wszyscy tak robią”, tylko marudzącym kibicem, który w kadrze szuka czegoś więcej niż arytmetyki. Jednego sensownego powodu, który wykracza poza: „bo będzie łatwiej wygrać w sobotę o 18:00”. Reprezentacja ma uczyć nie tylko jak grać trójkątami, ale też cierpliwości, tożsamości i wiary, że z tego betonu, który mamy pod blokiem, da się wyhodować coś prawdziwego, a nie tylko dokleić nową doniczkę z Temu.

Znamy to już przecież. To nie jest pierwszy raz, kiedy do biało-czerwonej szatni wchodzi ktoś, kto języka jeszcze nie czuje, hymnu nie śpiewał, a polskie lato zna co najwyżej z turniejów towarzyskich. David Logan to świetny koszykarz, zrobił furorę w Eurolidze, dostał obywatelstwo, grał u nas na EuroBaskecie 2009. Fajne momenty? Były. Długofalowa zmiana? Czy ja wiem. A.J. Slaughter? Jeden z najbardziej sympatycznych importów w historii tej kadry, ręka stabilna, od lat ratujący nas w ofensywie. I co z tym zrobiliśmy systemowo? Czy dzięki temu urodziła się fala polskich jedynek i dwójek, które dziś rozbijają Euroligę? No nie. Thomas Kelati: tu sytuacja była zupełnie inna. Znakomity strzelec, elegancja w ruchu, ale przede wszystkim facet, który z Polską naprawdę się związał. Grał w naszych klubach przez wiele lat, mieszkał tutaj, wziął ślub z Polką, ma dwójkę dzieci wychowanych w Polsce. To nie była szybka akcja „ściągamy, bo brakuje”, tylko naturalny proces, w którym zawodnik stał się częścią naszego sportowego i codziennego krajobrazu. W jego przypadku paszport był potwierdzeniem więzi, a nie jednorazowym narzędziem na turniej.

Tych nazwisk było kilka; jedne bardziej, drugie mniej udane. I jasne, dało się temu przypiąć ładne uzasadnienie: potrzebowaliśmy spacingu, potrzebowaliśmy kreatora, potrzebowaliśmy kogoś, kto nie zamknie się w czwartej kwarcie, kiedy piłka waży tonę. Ale każda taka decyzja działała jak tabletka przeciwbólowa: pomagała na dziś, a jutro budziłeś się z tym samym brakiem: bez rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia z polskim paszportem od urodzenia, bez dwóch strzelców, którzy dorośli w naszej lidze, bez młodych, którzy wygryźli starszych na kadrze nie dlatego, że urodzili się odpowiednio wcześnie do naturalizacji, tylko dlatego, że są lepsi.

Najprostszy argument zwolenników naturalizacji: rośnie jakość treningu, rośnie poziom meczów o stawkę, młodzi podpatrują, jak się pracuje, uczą się profesjonalizmu. Pięknie to brzmi na konferencjach. Tylko że ja oglądam nasze realia od lat: jak przychodzi mecz o życie, piłka i tak wędruje do tego jednego obcego, którego ściągnęliśmy na wynik, a reszta stoi i patrzy, jak się to robi w wielkim świecie. Kto tu rośnie? Umiejętności? Może trochę. Poczucie odpowiedzialności? Wcale. Bo odpowiedzialność to jest mięsień, który trzeba ćwiczyć: oddając trudne rzuty w Gliwicach, przegrywając w Słupsku, wstając po łomocie w Ostrowie. Jeżeli ten mięsień co rok przykrywamy plastrem „zagramy to przez gościa z paszportem”, to na turnieju młody Polak nie weźmie piłki przy -3, bo od trzech lat uczymy go, że to nie jego robota.

W sporcie reprezentacyjnym narracja to paliwo. Historia o chłopakach z Czarnowąsów, którzy dojechali na zgrupowanie po maturze, o trenerze z trzeciej ligi, który wypatrzył talent na sali z czterema liniami od siatkówki. To nie są opowiastki, to jest taka moja prywatna sdwaluta lojalności. Kiedy znów odpalamy tryb „ratuj nas, przyjacielu z Euroligi”, to zostaje tylko wynik. A wynik jest kapryśny jak ta tancerka XXL z początku tekstu; raz wejdzie, raz nie. Co zostaje, kiedy nie wejdzie? Egzystencjalna pustka. Kibic nie ma się do czego przykleić, bo nie widzi siebie w tej drużynie, nie widzi kumpla z miasteczka, tylko import, który jutro poleci do swojej bazy i będzie myślał o Final Four, a nie o turnieju w Warszawie.

I tak, wiem, ktoś powie: „ale przecież Polacy też grają w klubach, też latają po Europie”. Oczywiście, że grają. Tyle, że ich historia zaczęła się tutaj, na naszych halach, w naszych juniorach, z naszymi trenerami. Ta nić, choć cienka, istnieje. W przypadku „łapanki” nie istnieje prawie wcale. To jest gościnny występ, świetny support act, ale nie zespół. A ja kadry nie chcę oglądać jak festiwalu z zagraniczną gwiazdą i polską publicznością. Ja chcę, żeby to był koncert polskiego zespołu, który na bis gra coś, co znamy od dziecka, nawet jeśli fałszuje, byle głośno i z pasją.

Będzie też kontrargument: przecież mieliśmy sukcesy. Przecież byliśmy czwartą drużyną EuroBasketu, przecież to działa. Odpowiem: jednorazowy sukces w kadrze bywa jak masaż na cztery dłonie z podwójnym finiszem – miło, radośnie, wspomnienia pachną lawendą, ale za moment wracasz na chatę i wszystko rozpływa się jak dym. Co zrobiliśmy z tamtym turniejem, z tamtym momentem? Czy liga pękła w szwach od młodych, którzy uwierzyli, że można? Czy szkolenie wyszło z powerpointa i excela na halę? Czy poziom polskich rozgrywających skoczył, bo powiedzieliśmy: „nigdy więcej łatania jedynki paszportem”? Czy trenerzy dostali realne narzędzia i presję, by grać i rozwijać Polaków, zamiast kolejny sezon polerować cudze projekty? Nie. Zrobiliśmy to, co zwykle: postawiliśmy laurkę, a potem wzięliśmy kolejną pożyczkę krótkoterminową, tym razem na strzelca.

Największy grzech paszportów z łapanki jest niewidoczny. To alibi. Jeżeli wiesz, że w sierpniu możesz dopiąć Amerykanina z prawem do gry w kadrze, to mniej cię swędzi w październiku, kiedy trzeba zamykać projekt szkoleniowy dla 14-latków. Mniej cię kusi, żeby grzebać w detalach: zmieniać strukturę rozgrywek młodzieżowych, obcinać minuty zagranicznym role-players na rzecz Polaków, inwestować w trenerów od fundamentów, płacić za staże, mierzyć pracę klubów nie tabelą U-17, tylko liczbą zawodników, którzy wchodzą do seniorskiej rotacji. Po co to wszystko, skoro w sierpniu i tak przyjedzie gość, który w koszykówce widział już wszystko?

Naturalizacja jest wygodna jak dres i dziurawe kapcie po pracy. W dresie zrobisz zakupy z warzywniaku, zrobisz 10–2 w turnieju towarzyskim, ale kiedy przyjdzie ściana w ćwierćfinale, to i tak zostaniesz sam, z tym, co naprawdę wytrenowałeś przez lata. I wtedy nagle się okaże, że w Polsce brakuje nie jednego strzelca, tylko całej filozofii grania, która zaczyna się od tego, że 12-latek ma prawo do błędu, a 18-latek ma prawo do 25 minut w seniorskiej lidze nawet kosztem porażki we wtorek.

Nie będę udawał: Jordan Loyd to gość, który pewnie wygra nam kilka końcówek. Shot-making z półdystansu, umiejętność łamania rytmu, ciąg na kosz, doświadczenie w dużych meczach – wszystko się zgadza. I właśnie dlatego to jest tak zdradliwe. Bo łatwiej uwierzyć w cudowną tabletkę niż w dietę, w trening, w sen i w wodę. Łatwiej jest dać piłkę w ręce zawodnikowi, który ten rzut trafiał setki razy w Monako, niż powiedzieć polskiemu 20-latkowi: „Słuchaj, dziś będziesz bohaterem albo winowajcą, ale to twoja piłka”. Skaut patrzy na highlighty i mówi: „bierzemy go!” Kibic, który chce kadrę jako opowieść, patrzy na godło i mówi: „poczekaj”. Bo jeśli dziś nie poczekasz, jutro znów będziesz stał w tej samej kolejce po paszporty i znowu ci się wyda, że to nowy rozdział, a to tylko kolejna doklejka.

Nie mylmy możliwości z koniecznością. Możliwości mamy niby szerokie jak S3 nad morze – możesz zjechać na prawy, możesz na lewy, możesz wyprzedzić. Ale etos mówi: „nie popier**aj między ciężarówkami, jeśli wieziesz rodzinę na dwutygodniowe wakacje do Świnoujścia, bo ominie cię cała radocha z uciekania przed deszczem i przepłacaniem za dorsza”. Reprezentacja to właśnie ta rodzina: dzieciaki, którym tłumaczysz, że warto iść na halę, trener, który jeszcze wierzy, że jego praca ma sens, kibic, który odkłada na bilet. I mówię to z perspektywy kogoś, kto zna takich ludzi osobiście, w Wałbrzychu i w Szczawnie-Zdroju są trenerzy, którzy po pracy, po swoich obowiązkach, zamiast odpoczywać w fotelu, spędzają wieczory w salach gimnastycznych, z grupą dzieciaków, które połknęły bakcyla. Organizują mecze, uczą podstaw, organizują turnieje, pokazują, że koszykówka to nie tylko NBA w telewizji, ale też pot, zimna hala i radość z pierwszego trafionego rzutu. To są ludzie, którzy w praktyce budują fundamenty tego sportu w Polsce, i to ich praca powinna być naszym drogowskazem. Bo jeśli cokolwiek ma sens w reprezentacji, to właśnie wspieranie takich miejsc i takich ludzi. I głośne mówienie o tym, że to jest nasza droga.

Jeżeli Jordan Loyd wejdzie do szatni i założy biało-czerwoną koszulkę, zrobi to, co umie najlepiej: zdobędzie punkty, przyniesie spokój, jak już pisałem, pewnie uratuje nie jeden mecz. Może nawet dziesiątki, na przestrzeni kilku następnych lat, zanim odejdzie na sportową emeryturę. I ja mu podam rękę, oddam należyty szacunek, bo to profesjonalista, bo robi robotę, bo nie on wymyślił system. Ale po meczu, kiedy wyłączą światła w Spodku, zostanie pytanie: co my właściwie budujemy? Czy to jest dom z cegły, czy scenografia na potrzeby jednego koncertu? Ja wierzę, że reprezentacja powinna być domem, nawet jeśli skrzypi podłoga, a w zimie wieje spod drzwi.

Mówiłem o tym niejednokrotnie. Nie chcę paszportów z łapanki. Nie chcę tej szybkiej ulgi, po której wraca ból. Chcę, żebyśmy zaryzykowali prawdę: że w tym kraju, mimo niedostatków, mimo chaosu, mimo ograniczeń, są dzieciaki, którym warto dać piłkę w ręce i powiedzieć: to jest twój rzut. I żebyśmy umieli żyć z tym, że czasem nie trafią. Bo jak trafią, to będzie nasze. I tak, będę marudził dalej, będę narzekał, będę się czepiał słówek i decyzji. Bo jestem jednym z tych, dla których reprezentacja to nie jest katalog zakupowy na sierpień, tylko fotografia, którą wieszasz na ścianie i patrzysz na nią przez lata – nawet jeśli krzywa, nawet jeśli światło fatalne, byle była prawdziwa, bez doklejonych twarzy w Photoshopie.








Posted

in

,

by

Comments

Zostaw odpowiedź




Odkryj więcej z ...proud Bucks fan since 2002

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Nie przegap żadnego felietonu

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Dołącz do 19 innych subskrybentów

Czytaj dalej