Są rzeczy, które po prostu nie powinny być łączone. Lewadowski ze wspólną kawą z Probierzem. Giannis z odejściem z Bucks. Koszulka Pacers na fanie Knicks. I NBA z europejską koszykówką.
W czasie około meczowych plotek przy okazji wczorajszego finału Startu Lublin z Legią Warszawa poruszył nam się na Discordzie temat NBA Europe. Na papierze może i wygląda to jak kolejny etap rewolucji, ale nie przekonuje mnie to na żadnym poziomie.
NBA to bez wątpienia najlepszy produkt sportowy świata. Największe gwiazdy, największe kontrakty, najbardziej opakowany show. Ale właśnie – to przede wszystkim produkt. Tymczasem europejska koszykówka – od Ligi Mistrzów FIBA po lokalne ligi krajowe – mimo wad, żyje wciąż sportową rywalizacją, systemem spadków i awansów, co najważniejsze, poczuciem lokalnej dumy. Tutaj 2000 kibiców w hali w Wałbrzychu, czy Lublinie krzyczy z pasją, której nie da się zamknąć w transmisji NBA TV z amerykańską narracją.
NBA Europe miałaby działać w formule turniejowej: 10 drużyn, potem mini-festiwale, kultura, muzyka, jedzenie, koszykówka jako „wydarzenie”. Obawiam się, że to już nie będzie sport tylko event. A różnica między nimi jest zasadnicza. Można kibicować Panathinaikosowi, Śląskowi czy Limoges i czuć związek emocjonalny, który wykracza poza wynik. To więź z klubem, który zna twoje miasto, który był tu zanim się urodziłeś i będzie tu, gdy już przestaniesz chodzić na mecze. To herb na murze, to lokalna duma, to kibice, którzy znają się z widzenia, śpiewają te same przyśpiewki od lat i pamiętają, kto trafił za trzy w 1997, a kto złamał serce w dogrywce w 2003. Tymczasem trudno będzie poczuć to samo wobec franczyzy z logotypem wymyślonym w Canvie, zarządzanej z Nowego Jorku, której nazwę konsultowano z działem marketingu. NBA Europe to koszykówka bez zakorzenienia – ładna, głośna, może nawet efektywna, ale pusta jak plastikowy puchar.
Jest też problem strukturalny. Nowa liga ma działać równolegle do Euroligi i FIBA. Kto będzie miał dostęp do europejskich pucharów? Kto będzie rozwijał młodych graczy? Kto zarobi, a kto zostanie z niczym? NBA nie rozwiązuje tego sporu, tylko go pogłębia. A nie okłamujmy się, już teraz sama Euroliga jest wystarczająco zamknięta i pozbawiona sportowej logiki. Brak spadków, ograniczony dostęp dla mistrzów krajowych lig, coraz większy wpływ pieniędzy nad wynikami. Gdy dodamy do tego jeszcze amerykańską wersję komercji, skończymy z ligą, która nie przypomina ani NBA, ani tego, czym koszykówka w Europie powinna być.
Jako kibic – jestem przeciwny, bo nie chcę, żeby sport który kocham wyglądał jak All-Star Weekend co tydzień. Nie chcę, żeby promowano lokalne drużyny przez TikToka i mini-turnieje z kiss camem. Chcę, żeby promowano sport przez wszystkie wady i zalety, jakie posiada w tej chwili, w tej wersji lokalnej. Chcę rywalizacji, presji spadku, sensu awansu, kibiców, którzy śpiewają, a nie tylko wrzucają relacje na Insta. Chcę Anwil – Legia, Partizan – Zvezda, Limoges – ASVEL, a nie sztucznie wykreowane franczyzy bez tożsamości. Hermetycznie zamknięte. Dla kolejnej europejskiej koszykarskiej „elity”.
NBA Europe nie obudzi śpiącego olbrzyma. Obawiam się, że ona go zapakuje w garnitur i pokaże jako kolejny wykres zysków w Excelu – korporacyjny sen o „ekspansji rynków”. Tyle że ten sen pogłębi tylko przepaść między najbogatszymi a resztą, zmieniając rywalizację w pokaz slajdów i ostatecznie odbierając nadzieję setkom mniejszych klubów na prawdziwe sportowe przebicie. NBA Europe nie wyrówna szans – ona je sformatuje według rubryk, budżetów i KPI’ów.
A przecież nawet bez NBA Europa już teraz koszykarska rzeczywistość bywa absurdalna. Mistrz Polski, który w pocie czoła wygra ligę, dostaje co najwyżej zaproszenie do FIBA Europe Cup – czwartego europejskiego poziomu rozgrywek, który w świadomości kibiców z Zachodu nie istnieje. Najlepsze polskie kluby grają w przeciętnych pucharach z ograniczoną ekspozycją i bez realnych perspektyw na dołączenie do Euroligi, która dawno przestała być sportowym marzeniem, a stała się zamkniętym klubem udziałowców. Liczy się liczba zer na koncie, nie liczba zwycięstw na parkiecie. Gdzie tu miejsce na sensacyjne historie? Na niespodzianki? Na Start Lublin w finale? NBA Europe tylko pogłębi tę przepaść. A przecież właśnie po to oglądamy sport – żeby raz na jakiś czas ktoś znikąd rozwalił układ zamknięty.
Podsumowując – NBA Europe to nie jest odpowiedź na problemy europejskiej koszykówki, tylko kolejna warstwa plastiku na tym, co jeszcze w wielu krajach pachnie potem, drewnianym parkietem i prawdziwą emocją. Zamiast wzmacniać to, co organiczne – lokalne kluby, szkolenie, awanse, niespodzianki – dostaniemy parkiet jak z teleturnieju, franczyzy bez historii i wyniki pisane pod sponsorów. Europa nie potrzebuje NBA, żeby pokochać koszykówkę. Potrzebuje tylko uczciwej rywalizacji, sportowej logiki i chwil takich jak ta, gdy Start Lublin gra z Legią o tytuł.
To nie jest mój kolejny objaw retro romantyzmu – to wiara, że prawdziwa koszykówka wciąż żyje i nie potrzebuje do tego błyszczących logotypów..
Dodaj komentarz