Beniaminek, który zatrząsł ligą – podsumowanie sezonu Górnika Wałbrzych 2024/2025

Od I ligi do ćwierćfinału – niezwykły sezon beniaminka

Sezon 2024/2025 męskiej ekstraklasy koszykówki okazał się dla Górnika Zamek Książ Wałbrzych prawdziwą podróżą z przytupem. Beniaminek po 15 latach powrócił do elity i od razu zaznaczył swoją obecność – zajął 5. miejsce w rundzie zasadniczej i awansował do play-off, gdzie dopiero w ćwierćfinale musiał uznać wyższość Legii Warszawa (seria 1–3). Co więcej, wałbrzyszanie zapisali się w historii, sensacyjnie zdobywając Puchar Polski – jako pierwszy beniaminek, który sięgnął po to trofeum. Kampania zakończyła się co prawda porażką w serii z Legią, ale Górnik pozostawił po sobie wrażenie drużyny z charakterem, która w przyszłości może odegrać w polskiej koszykówce kluczową rolę.

Dla mnie, chłopaka z Wrocławia mieszkającego od prawie 20 lat w okolicach Wałbrzycha, ten sezon miał szczególnie znaczenie. Derby Górnik – Śląsk śledziłem jeszcze w czasie starć pierwszoligowych , nawet nie licząc na to, że sześć lat później będę miał radość z oglądania obu drużyn zarówno w Hali Stulecia jak i w Aqua Zdroju. Naturalną rzeczą było więc dla mnie podsumowanie najpierw sezonu Śląska Wrocław, a następnie skupienie się na Górniku. Jeśli masz wolne 30 minut, zapraszam na przegląd sezonu 2024/25.

Statystyczne fundamenty sukcesu

Rozgrywki ligowe Górnik rozpoczął z impetem, szybko pokazując, że „beniaminek to nie ogórki” – jak celnie ujął to Jakub Wojczyński z Przeglądu Sportowego. Bilans 18 zwycięstw i 12 porażek dał piąte miejsce w tabeli, co samo w sobie jest osiągnięciem rzadko spotykanym w tak wyrównanej lidze. Wałbrzyszanie imponowali szczególnie po bronionej stronie parkietu – w połowie sezonu mogli się pochwalić najlepszą defensywą w lidze, zwłaszcza we własnej hali, gdzie pozwalali rywalom zdobywać średnio tylko 64,7 punktu. Ostatecznie Górnik tracił średnio 77,2 pkt na mecz przy 77,8 pkt zdobywanych, co przekładało się na dodatni bilans i net rating +0,6 punktu na 100 posiadań. Zespół trenera Andrzeja Adamka grał w dość wolnym tempie (około 71 posiadań na mecz), skupiając się na cierpliwej grze w ataku i twardej obronie. Skuteczność rzutów z gry (efektywne FG ~49%) plasowała wałbrzyszan w ligowej średniej, ale nadrabiali to walecznością na tablicach i głębią składu – aż 38% punktów dostarczali rezerwowi, co świadczy o szerokiej rotacji i braku uzależnienia od jednego strzelca.

Największe zwycięstwa i wpadki Górnika również znajdują odzwierciedlenie w statystykach zaawansowanych. Wałbrzyszanie potrafili dominować faworytów – w listopadzie pokonali wysoko Dziki Warszawa 92:68, grając na świetnej 59% skuteczności z gry. Z kolei 27 grudnia sprawili niespodziankę, wygrywając na wyjeździe z Legią 91:81 – ograniczyli wówczas stołecznych do zaledwie 37% skuteczności z gry. Symbolem siły Górnika w rundzie zasadniczej był jednak pamiętny mecz derbowy ze Śląskiem Wrocław: w tłumnie wypełnionej hali Aqua Zdrój biało-niebiescy rozbili utytułowanego rywala 77:60, pokazując twardą obronę i opanowanie emocji w najważniejszym dla kibiców starciu od lat. Oczywiście, zdarzały się też bolesne lekcje – najdotkliwszej porażki Górnik doznał we Włocławku z Anwilem, ulegając 60:91 (mecz, w którym beniaminek wyraźnie „nie dojechał” mentalnie i rzucał z ledwie 38% skutecznością). Równie zimny prysznic spotkał wałbrzyszan na inaugurację play-off – w pierwszym meczu ćwierćfinału Legia rozbiła ich aż 86:55, co na szczęście nie załamało ambitnej drużyny (o tym za chwilę). Ogółem jednak statystyki potwierdzają, że sezon w wykonaniu Górnika był więcej niż udany – piąte miejsce osiągnięte w tak wyrównanej stawce (różnica między 3. a 9. zespołem wyniosła zaledwie kilka punktów) to wynik, który w Wałbrzychu przyjęto z dumą.

Beniaminek na tle historii – wyjątek czy kontynuator?

Wejście Górnika do ligi wywołało serię porównań do innych beniaminków z przeszłości i tu liczby mówią same za siebie. Żaden debiutant w PLK wcześniej nie zdobył Pucharu Polski – wyczyn wałbrzyskiej drużyny jest ewenementem w historii rozgrywek. Co więcej, piąta lokata w tabeli to najlepszy wynik beniaminka od wielu lat (poprzednicy zazwyczaj walczyli raczej o utrzymanie niż o czołową szóstkę). Dla kontekstu warto wspomnieć drugi zespół, który w tym sezonie dołączył do elity – Dziki Warszawa. Stołeczny beniaminek również zaczął z animuszem, ale ostatecznie zajął 10. miejsce i nie awansował do play-off. To pokazuje, jak wyjątkową kampanię zaliczył Górnik na tle nowicjuszy z poprzednich lat – zamiast drżeć o byt w ekstraklasie, na półmetku sezonu był trzeci w tabeli (ustępując tylko potężnym budżetowo Anwilowi i Treflowi), a w lutym sensacyjnie triumfował w krajowym pucharze. Eksperci jednogłośnie uznali to osiągnięcie za jedno z największych wydarzeń sezonu: „Zdobycie Pucharu Polski przez beniaminka – przecież to się nie miało prawa wydarzyć!” – ekscytowano się na łamach super-basket.pl. Wałbrzych znów znalazł się na koszykarskiej mapie Polski w blasku chwały, nawiązując do swoich złotych lat z lat 80., gdy klub zdobywał mistrzostwa kraju. To pierwsze trofeum Górnika od 26 lat i sygnał, że historia lubi zataczać koło – raz jeszcze beniaminek zaskoczył wszystkich, tak jak w dawnych opowieściach o Kopciuszku, który na balu zagrał pierwsze skrzypce.

Warto też przyjrzeć się, jak Górnik wypada na tle beniaminków ostatniej dekady. Z reguły nowo promowane ekipy skupiają się na utrzymaniu i rzadko biją się o coś więcej. Wałbrzyszanie pokazali jednak, że odpowiednia mieszanka doświadczenia i młodości potrafi zmienić outsidera w czarnego konia rozgrywek. Tak było choćby w przypadku Miasta Szkła Krosno w sezonie 2016/17 czy Spójni Stargard w 2018/19 – tamte beniaminki też meldowały się w ósemce, ale żadnemu nie udało się sięgnąć po trofeum. Górnik przebił ich dokonania, a przy tym rozbudził apetyty swoich kibiców na stałe zagościć w ligowej czołówce. Oczywiście, pojawiają się też głosy sceptyków, przestrzegających przed samozachwytem (o syndromie drugiego sezonu – za moment), jednak nawet najwięksi malkontenci muszą przyznać: tak udanego debiutu w ekstraklasie nie widzieliśmy od lat.

Liderzy i zadaniowcy – indywidualne występy na tle zaawansowanych statystyk

Sukces Górnika to w dużej mierze efekt znakomitego zbilansowania składu. Żaden zawodnik nie był jednoznacznym dominatorem statystyk, co paradoksalnie okazało się siłą wałbrzyszan. Trzech graczy notowało średnio ponad 12 punktów na mecz: rozgrywający Alterique Gilbert (13,2 pkt), rzucający obrońca Toddrick Gotcher (13,1 pkt) oraz skrzydłowy Ikeon “Ike” Smith (12,8 pkt). Taka równowaga sprawiła, że rywale mieli twardy orzech do zgryzienia – nie było jednej gwiazdy, którą można łatwo odciąć od podań, bo ciężar zdobywania punktów rozkładał się na kilku koszykarzy. Co więcej, aż 8 zawodników Górnika zdobywało średnio powyżej 5 „oczek” w meczu, co potwierdza głębię składu i elastyczność taktyczną drużyny.

Przyjrzyjmy się bliżej czołowym postaciom:

  • Alterique Gilbert – amerykański playmaker wniósł do zespołu energię i szybkość. Był najlepszym asystującym drużyny i dyrygował tempem gry. Jego usage rate 27% należał do najwyższych w zespole (spędzał na parkiecie ok. 26 minut i często miał piłkę w rękach), ale potrafił wykreować pozycje kolegom, co widać po solidnym Offensive Rating ~107 – gdy Gilbert był na boisku, ofensywa Górnika funkcjonowała na poziomie czołówki ligi. Choć zdarzały mu się słabsze strzelecko wieczory (efektywność rzutowa EFG na poziomie ok. 44%), nadrabiał to kreacją gry i agresywną obroną na obwodzie. W crunch time często brał ciężar akcji na siebie – co pokazał np. w końcówkach wygranych meczów ze Spójnią i Treflem. Trzeba jednak dodać, że miał ujemny netRTG na poziomie -7%.
  • Toddrick Gotcher – doświadczony rzucający obrońca okazał się brakującym elementem układanki w decydujących momentach. To właśnie Gotcher został wybrany MVP finału Pucharu Polski, a decydujące punkty w tym finale zdobył na sekundę przed syreną, dając Górnikowi trofeum. W całym sezonie notował 13,1 pkt, wiele z nich w kluczowych momentach. Jego pewna ręka (najlepsza skuteczność za 3 wśród liderów zespołu, około 35%) i opanowanie były bezcenne – jak sam przyznał po drugim meczu play-off z Legią w Warszawie: „Wiedziałem, że piłka wpadnie” – tak komentował swój ważny rzut w końcówce, co pokazuje jego pewność siebie. Zaawansowane statystyki wskazują, że Gotcher miał jeden z najwyższych wskaźników Net Rating w zespole (+8,6 na 100 posiadań), co oznacza, że z nim na boisku Górnik wyraźnie zyskiwał przewagę. Jego doświadczenie z różnych lig europejskich przełożyło się na inteligencję boiskową – potrafił zarówno punktować seriami, jak i wykonać „brudną robotę” w obronie.
  • Ike Smith – uniwersalny skrzydłowy i ulubieniec wałbrzyskich trybun. Jego wkład nie zawsze był efektowny, ale ogromnie efektywny. Statystycznie: 12,8 pkt, 4,4 zbiórki, 3,2 asysty na mecz. Ciekawe, że to właśnie Ike był przez kolegów nazywany prawdziwym bohaterem turnieju o Puchar Polski – choć oficjalne MVP trafiło do Gotchera, wielu uważało Smitha za „Real MVP” tamtego sukcesu. Jego PER (Player Efficiency Rating) oscylował w okolicach 15, co czyniło go jednym z najbardziej efektywnych graczy w drużynie. Miał jednak swoje słabości – szczególnie rzuty z dystansu (tylko 26% za 3). Mimo to w grze 1 na 1 był nie do zatrzymania – potrafił wykorzystać przewagę fizyczną nad obrońcami Legii w play-off, zdobywając m.in. 24 punkty w meczu nr 4 (15 z nich już w pierwszej połowie, gdy „napędzał atak Górnika” i sprawiał Legii ogromne kłopoty). Co istotne, Ike słynie z żelaznej kondycji – grał średnio ponad 23 minut i w końcówkach wciąż miał siłę na dynamiczne wejścia pod kosz. Jego obecność na parkiecie przekładała się na lepszą defensywę (Defensive Rating ok. 105), a w statystykach +/- sezonu zasadniczego zanotował +1,9. Klub docenił jednak jego rolę – po sezonie ogłoszono, że Ike Smith zostaje w Wałbrzychu na kolejne dwa lata, co kibice przyjęli z ulgą i radością.
  • Dariusz Wyka & Grzegorz Kulka – dwójka podstawowych polskich podkoszowych Górnika, pełniących rolę współkapitanów zespołu. Obaj przyszli przed sezonem z Legii Warszawa i okazali się bezcennym zastrzykiem doświadczenia. Wyka, środkowy potrafiący rzucić z dystansu, był ostoją obrony (co prawda z tylko 0,8 bloku na mecz) i najlepszym zbierającym drużyny (średnio ok. 7 zbiórek). Wyka często robił różnicę małymi rzeczami niewidocznymi w podstawowych statystykach: świetnym zastawieniem przeciwnika, mądrym podaniem z high postu czy nieustępliwością w obronie. Kulka natomiast pełnił rolę silnego skrzydłowego rozciągającego grę – w kluczowych momentach potrafił trafić za trzy (pamiętne trafienie w dogrywce ćwierćfinału, które jeszcze dawało nadzieję Górnikowi), a w całym sezonie notował ok. 7 punktów i 4 zbiórki na mecz. Obaj panowie, co warte odnotowania, włożyli dwa sezony z rzędu mistrzowskie czapeczki Pucharu Polski – rok wcześniej zdobyli puchar z Legią, a w lutym powtórzyli ten sukces z Górnikiem. Ich obecność dała drużynie mentalny spokój i doświadczenie w trudnych chwilach.
  • Pozostali gracze i „X-faktorzy”: Rola rezerwowych w wałbrzyskim zespole jest godna pochwały. Maciej Bojanowski – skrzydłowy zadaniowiec – wnosił energię z ławki, notując przyzwoite 6,0 pkt i 4,2 zb w ok. 22 minuty gry. Jego zaawansowane statystyki są znakomite (TS% blisko 60%, ORtg 122) – gdy pojawiał się na parkiecie, często następował pozytywny zryw. Aleksander Wiśniewski, młody rozgrywający, nie miewał przebłysków – średnio zdobywał tylko ~3 pkt, w play-off „błysnął” trafiając w sumie 1 trójkę na 10 prób, przez co mam wrażenie że ekstraklasa to dla niego jeszcze za wysokie progi. Janis Berzins – doświadczony Łotysz dołączył w trakcie sezonu, by wzmocnić skrzydła; choć jego statystyki nie były imponujące, kilka razy odpalił zza łuku w istotnych momentach (trafił m.in. w II kwarcie meczu nr 4, gdy Górnik budował przewagę), ale nie obudził się na dobre na czas playoffów. Joshua Patton, podstawowy center w pierwszej połowie sezonu, dawał radę w walce fizycznej (7,6 pkt, 4,5 zb), choć w decydujących fragmentach często ustępował miejsca bardziej doświadczonemu Wyce. Polscy zmiennicy jak Kacper Marchewka czy nestorzy Krzysztof Jakóbczyk i Piotr Niedźwiedzki wypełnili swoje role, wnosząc garbage minuty (kolejno w 15 i 8 spotkaniach po około 4 minuty w meczu). Summa summarum, zaawansowane statystyki potwierdzają obraz drużyny kompletnej: Górnik miał 6 zawodników z dodatnim wskaźnikiem +/- w skali sezonu, a efektywność gry niewiele spadała przy rotacjach – co nie jest normą w lidze, gdzie część drużyn mocno zależy od swoich gwiazd. Wałbrzyski beniaminek zbudował więc prawdziwy kolektyw, gdzie każdy znał swoją rolę, a jednocześnie co mecz mógł wybić się ktoś inny.

Ćwierćfinał z Legią – czego zabrakło w walce o półfinał?

Faza play-off okazała się dla Górnika zarówno cenną lekcją pokory, jak i pokazem ambicji. Przed ćwierćfinałową serią z 4. zespołem sezonu zasadniczego – Legią Warszawa – eksperci typowali co prawda zwycięstwo faworyta, ale wałbrzyszanie absolutnie nie zamierzali statystować. Seria rozpoczęła się jednak fatalnie: w pierwszym meczu w Warszawie Górnik doznał wspomnianej klęski 55:86. Trener Adamek przyznał, że w tamtym spotkaniu „nie poznawał swojej drużyny” i zastanawiał się, czy to jego zespół jest tak słaby, czy też „zeszło z niego powietrze.” Na szczęście, już 48 godzin później Górnik dokonał rzeczy wielkiej – wygrał drugi mecz na Bemowie 62:59 i wyrównał stan rywalizacji. Był to mecz brzydki dla oka, zdominowany przez defensywę (wręcz „żywcem wyjęty z lat 90.”), ale wałbrzyszanie pokazali w nim niesamowitą determinację. Paradoksalnie, zwycięstwo mogło być wyraźniejsze, gdyby nie fatalna skuteczność rzutów wolnych – Górnik trafił zaledwie 9 z 19 wolnych (47%), co do końca trzymało kibiców w napięciu. Gdyby w tym elemencie spisali się lepiej, być może uniknęliby nerwowej końcówki – na szczęście obrona dowiozła triumf do końca.

Po „wykradzeniu” atutu własnego parkietu Legii seria przeniosła się do Wałbrzycha. Trzeci mecz, przed własną publicznością, miał dać odpowiedź, czy Górnika stać na pójście za ciosem. Niestety, po bardzo wyrównanym boju górą była Legia (74:64). Kluczowe okazały się detale: goście z Warszawy mieli nieco więcej zimnej krwi w końcówce, a Górnikowi zabrakło skuteczności zza łuku (tylko 1 celna „trójka” w całym spotkaniu na 20 prób – to nie statystyka, a koszmarny sen strzelców). Mimo to wynik do ostatnich minut wisiał na włosku – jeszcze na 5 minut przed końcem Legia prowadziła tylko jednym koszem. Wtedy dwa nieudane posiadania z rzędu (strata i niecelny rzut z trudnej pozycji) pozwoliły rywalom odskoczyć na 6–8 punktów, a wałbrzyszanom zabrakło sił i pomysłu, by ponownie zmniejszyć dystans. Można gdybać, czy lepsza egzekucja rzutów wolnych lub jedna trójka więcej odmieniłyby losy tego meczu – prawda jest taka, że Górnik przegrał go w ataku (zdobywając zaledwie 64 punkty), mimo że obrona znów była na przyzwoitym poziomie.

Czwarty mecz ćwierćfinału okazał się być ostatnim aktem tej batalii, choć dostarczył ogromnych emocji. W Wałbrzychu stawił się nadkomplet publiczności, liczącej na doprowadzenie do piątego spotkania. Górnik zagrał najlepszy mecz serii, prowadząc z Legią przez znaczną część czasu. W pierwszej połowie gospodarze wykorzystali przewagę fizyczną na obwodzie – Ike Smith wręcz szalał (15 punktów do przerwy), a Legia miała wyraźne problemy na linii rzutów wolnych (tym razem to warszawianie pudłowali osobiste, co uchroniło Górnika przed stratą prowadzenia). Do przerwy miejscowi wygrywali 41:37. Trzecia kwarta również była popisem twardej obrony Górnika – w pewnym momencie po serii punktów Alterique’a Gilberta (który przebudził się po bezpunktowej połowie) wałbrzyszanie wyszli nawet na najwyższe w meczu prowadzenie +10*. Niestety dla gospodarzy, koszykarskie demony powróciły w czwartej kwarcie – Legia stopniowo odrabiała straty, głównie za sprawą celnych trójek Andrzeja Pluty Jr. (młody strzelec Legii trafił w tym meczu aż 5 razy zza łuku). Górnik walczył z całych sił – jeszcze na 2 minuty przed końcem czwartej kwarty wynik oscylował wokół remisu. W samej końcówce goście wyszli na 3-punktowe prowadzenie, lecz wałbrzyszanie zdołali doprowadzić do remisu 78:78 i dogrywki, ku euforii publiczności.

W dogrywce dała o sobie znać większa głębia składu Legii oraz… być może zmęczenie i krótsza ławka Górnika. Warszawianie wrzucili wyższy bieg, zdobywając w dodatkowych 5 minutach aż 16 punktów (przy zaledwie 7 Górnika), czym zamknęli temat awansu – ostatecznie Legia wygrała 94:85. Czego zabrakło Górnikowi w decydujących chwilach? Analiza wskazuje na drobiazgi: jeden nietrafiony lay-up w dogrywce (Dariusz Wyka miał przy 5-punktowej stracie piłkę pod samym koszem, lecz spudłował, co – jak trafnie zauważył legenda klubu Stanisław Kiełbik – było momentem, w którym „już właściwie nie dało się tego uratować”), parę przestrzelonych wolnych i chwilę dekoncentracji w obronie, gdy Legia trafiła kluczowe rzuty. Wałbrzyszanie zostawili jednak na parkiecie całe serce – „kawał serducha” docenili zarówno kibice, jak i komentatorzy. W przekroju serii Legia okazała się drużyną lepszą, bardziej doświadczoną i kompletną – ich przewaga szczególnie na obwodzie (gracze pokroju Keifera Sykesa czy Pluty) i w głębi ławki przeważyła szalę. Jednak Górnik absolutnie nie przyniósł wstydu – wygrał na wyjeździe, do końca bił się u siebie i zmusił uznany klub do maksymalnego wysiłku. Dla beniaminka, któremu przed sezonem wróżono raczej walkę o utrzymanie, sam awans do półfinału był na wyciągnięcie ręki – zabrakło naprawdę niewiele. Można jedynie gdybać, czy gdyby wałbrzyszanom udało się „dowieźć” prowadzenie w meczu nr 4 i doprowadzić do piątego spotkania w Warszawie, to czy byliby w stanie sprawić cud – niemniej jednak z parkietu schodzili pokonani z podniesionymi głowami. Ćwierćfinał okazał się dla Górnika cenną lekcją – pokazał, nad czym trzeba pracować (choćby nad nerwami przy wolnych: w całej serii skuteczność FT wyniosła tylko 64%, co w play-off bywa różnicą między zwycięstwem a porażką), a zarazem potwierdził, że beniaminek potrafi walczyć z najlepszymi jak równy z równym.

Offseason: co dalej z biało-niebieskimi?

Po tak udanym sezonie w Wałbrzychu z pewnością pojawił się apetyt na więcej – ale również świadomość wyzwań, jakie niesie kolejny rok. Offseason 2025 zapowiada się dla Górnika równie emocjonująco, co same rozgrywki, bo przed działaczami i trenerem szeregi ważnych decyzji kadrowych. Pierwsze wieści uspokoiły kibiców: klub szybko ogłosił przedłużenie kontraktu z jednym z liderów. Ike Smith zostaje w Górniku na kolejne dwa lata, co można uznać za transferowy strzał w dziesiątkę jeszcze zanim okienko na dobre się rozpoczęło. Również Dariusz Wyka uspokoił fanów, deklarując tuż po odpadnięciu z play-off, że „ma ważny kontrakt na kolejny rok i nigdzie się nie rusza”. To oznacza, że kręgosłup drużyny – Smith i Wyka (oraz najpewniej Grzegorz Kulka) – pozostanie na miejscu. Trener Adamek wielokrotnie podkreślał, że chciałby utrzymać jak najwięcej z obecnego składu, by budować ciągłość i chemię zespołu. Realia ligowe bywają jednak brutalne – świetny sezon poszczególnych zawodników Górnika na pewno zwrócił uwagę bogatszych klubów. Alterique Gilbert z pewnością znajdzie się na celowniku czołówki – klasowy rozgrywający jest towarem deficytowym w PLK i utrzymanie go w Wałbrzychu może wymagać sporego wysiłku finansowego. Toddrick Gotcher, jako MVP Pucharu Polski i weteran z uznaną marką, także może przebierać w ofertach (niewykluczone jednak, że polubił rolę lidera w spokojniejszym otoczeniu Wałbrzycha i będzie skłonny zostać, o ile warunki będą zbliżone do innych propozycji). Janis Berzins prawdopodobnie wróci za granicę lub poszuka nowego klubu w PLK – jego epizod w Górniku był wartościowy, ale nie na tyle znaczący, by budować wokół niego przyszłość. Joshua Patton to ciekawy dylemat – z jednej strony dawał drużynie centymetry i masę pod koszem, z drugiej jego statystyki nie rzucały na kolana. Możliwe, że Górnik rozejrzy się za bardziej atletycznym centrem, zwłaszcza jeśli planuje powalczyć o jeszcze wyższe cele. Z polskich graczy Aleksander Wiśniewski i Kacper Marchewka powinni zostać – młodzi (odpowiednio 22 i 23 lata) jeszcze mogą się rozwinąć, a stanowili może nie ważne, ale stałe ogniwa rotacji. Krzysztof Jakóbczyk, najstarszy w zespole (39 lat), być może zakończy karierę lub przejdzie do sztabu – jego rola sportowa była już marginalna, ale doświadczenie i „chemia szatni” to elementy, które też trzeba uwzględnić.

Patrząc na potrzeby zespołu, jakich wzmocnień powinien szukać Górnik? Przede wszystkim strzelec dystansowy wydaje się priorytetem. Paradoksalnie, mimo sukcesów, wałbrzyszanie nie imponowali skutecznością zza łuku – średnia 3PT drużyny oscylowała w granicach 32%, a w play-off zawodziła zupełnie. Potrzebny jest gracz pokroju snajpera, który odciąży Gotchera czy Gilberta w zdobywaniu punktów z dystansu. Po drugie, centrum – jeśli Patton odejdzie, Górnik będzie musiał znaleźć mobilnego wysokiego, który zapewni równowagę między obroną obręczy a grą pick-and-roll. W półfinale Pucharu Polski i w meczach ze ścisłą czołówką widać było, że brakuje czasem pod koszem nieco atletyzmu do walki z dominującymi fizycznie centrami). Wreszcie, ławka rezerwowych: choć w tym sezonie spisała się znakomicie, warto ją uzupełnić o jeszcze jednego doświadczonego Polaka, który wejdzie na boisko bez kompleksów. Być może pojawi się też szansa na wypożyczenie któregoś z młodych talentów z większych klubów (np. 19-letniego Aleksandra Wiśniewskiego z Astorii Bydgoszcz – zbieżność nazwisk z naszym Wiśniewskim przypadkowa) – Wałbrzych pokazał, że jest dobrym miejscem do rozwoju, co może przyciągnąć młodzież.

Sztab szkoleniowy na pewno przeanalizuje również elementy wymagające poprawy. Na pierwszy plan wybija się wspomniana skuteczność rzutów wolnych – 69% jako drużyna w sezonie i tylko 59% w play-off z Legią mogło kosztować kilka zwycięstw. Kilka treningów więcej poświęconych „osobistym” z pewnością nie zaszkodzi. Poza tym utrzymanie koncentracji przez 40 minut – Górnik miewał momenty przestojów („runy” rywali po 10-0 punktów), zwłaszcza po przerwie, co bywało groźne. Tutaj z kolei przyda się może lekkie poszerzenie rotacji, by kluczowi gracze byli świeżsi w końcówkach.

Ogólnie jednak strategia na offseason wydaje się jasna: zachować trzon, wzmocnić kluczowe pozycje i zaufać trenerowi Adamkowi, który udowodnił, że potrafi ulepić zespół waleczny i skuteczny. Budżet klubu zapewne nie skoczy od razu do poziomu potentatów, ale sukcesy z tego sezonu mogą przyciągnąć nowych sponsorów – a co za tym idzie, dać szansę na 1-2 głośniejsze transfery. Na lokalnym podwórku słychać już rozważania kibiców: „Marzy nam się środkowy-prawdziwy dominator i strzelec, który rozciągnie grę – wtedy półfinał jest realny”. Oczywiście, życie szybko zweryfikuje te marzenia, ale jedno jest pewne: Górnik nie zamierza spoczywać na laurach.

Syndrom drugiego sezonu – czy Wałbrzychowi grozi zadyszka?

Historia sportu zna wiele przypadków drużyn, które w pierwszym sezonie po awansie błyszczały, by w kolejnym boleśnie zderzyć się z ligową rzeczywistością. Syndrom drugiego sezonu – bo o nim mowa – to ryzyko, przed którym przestrzegają niektórzy eksperci i… złośliwi rywale. Po euforii beniaminka często następuje spadek formy, gdy opada początkowa adrenalina, a rywale lepiej rozpracują styl gry nowicjusza. Czy Górnik Wałbrzych jest na to narażony? Oczywiście, że tak – drugi sezon będzie zapewne jeszcze trudniejszy. Po pierwsze, Górnik przestaje być nieznanym „czarnym koniem” – stanie się drużyną na radarze każdego rywala. Już nikt nie zlekceważy wałbrzyszan, wręcz przeciwnie: potentaci pokroju Anwilu czy Trefla będą chcieli udowodnić, że jednorazowe sukcesy beniaminka to przypadek. Po drugie, skład prawdopodobnie ulegnie zmianom – odejście choćby jednego z kluczowych graczy może zachwiać chemią zespołu i wymusić budowanie pewnych elementów od nowa.

Trener Adamek zdaje sobie z tego sprawę. W wywiadach podkreślał, że utrzymanie głodu zwycięstw będzie kluczowe. „Musimy pamiętać, skąd przyszliśmy. Ten sezon był piękny, ale to już historia. Drugi rok zweryfikuje naszą stabilność” – mówił szkoleniowiec, dodając, że głównym zadaniem będzie wpoić zawodnikom, by wciąż czuli się „głodnymi” jak beniaminek, a nie spoczęli na laurach. Uniknięcie syndromu drugiego sezonu wymaga też pewnych korekt taktycznych. Rywale z pewnością przeanalizują do bólu wszystkie zagrywki Górnika – Adamek już zapowiada, że szykuje nowe schematy ofensywne i parę niespodzianek, by nie stać się przewidywalnym.

Są też pozytywne strony tej sytuacji. Górnik prawdopodobnie utrzyma trzon polskich graczy, co w lidze bywa kluczowe – zgranie i chemia zespołu często biorą górę nad surowym talentem. Wałbrzyski klub ma też atuty, które trudno przecenić: wiernych kibiców i własną halę, która stała się twierdzą (w minionym sezonie bilans u siebie 11-4 w rundzie zasadniczej mówi sam za siebie). Ta „Twierdza Aqua Zdrój” może pomóc przetrwać ewentualne kryzysy – wsparcie trybun nieraz uskrzydlało już gospodarzy w trudnych momentach. Co więcej, działacze Górnika wydają się świadomi zagrożeń – prezes Rafał Palonek słynie z ostrożności i racjonalnego budowania klubu. Nie ma tu miejsca na hurraoptymizm i przepalanie budżetu dla krótkotrwałego efektu. Taka filozofia – powolnego, stabilnego wzrostu – może być receptą na drugi sezon. Jeśli Górnik wyciągnie wnioski z popełnionych błędów (np. zwiększy rotację, poprawi słabsze elementy gry), ma realną szansę uniknąć gwałtownego spadku formy. Oczywiście, nie sposób oczekiwać, że każdy kolejny rok będzie tak spektakularny jak beniaminkowy – ale kibice w Wałbrzychu wierzą, że ich drużyna zadomowi się w krajowej czołówce na dłużej.

Co mówią statystyki i przykłady? Można tu przywołać np. losy Legii Warszawa – jako beniaminek w 2018 walczyła w play-off, by rok później otrzeć się o spadek. Z drugiej strony, Trefl Sopot po awansie dekadę temu od razu stał się solidną siłą i uniknął większego kryzysu. Kluczem wydaje się utrzymanie kluczowych graczy i ciągłość pracy trenera. Górnik te warunki na razie spełnia – Adamek zostaje, Smith i spółka (w większości) też, więc fundament jest. Niemniej, drugi sezon będzie egzaminem dojrzałości. Niektórzy złośliwi (czy wręcz kibice lokalnego rywala Śląska) już w internetowych komentarzach wieszczą Górnikowi „spadek z hukiem do I ligi za rok”. Wałbrzyski klub ma jednak ambicje, by udowodnić, że to tylko czcze gadanie. Na pewno przyda się odrobina pokory – oczekiwania będą większe, a margines błędu mniejszy. Ale czyż nie tego chcieli w Wałbrzychu? Po latach poza elitą lepiej walczyć z syndromem drugiego sezonu w PLK, niż w ogóle nie mieć okazji się o niego martwić.

Szkoleniowiec z wizją – ocena pracy trenera Andrzeja Adamka

Andrzej Adamek – architekt sukcesu Górnika – zasługuje na osobny akapit. Dla 53-letniego trenera, rodowitego wałbrzyszanina, był to szczególny sezon. Wprowadził ukochany klub do ekstraklasy, a następnie poprowadził go do Pucharu Polski i play-off, co już samo w sobie wygląda jak scenariusz filmu. Jego praca trenerska zebrała wysokie noty, i to zarówno od dziennikarzy, jak i rywali. Adamek dał się poznać jako strateg potrafiący świetnie reagować na wydarzenia na boisku. Przykłady: po klęsce w pierwszym meczu z Legią potrafił błyskawicznie skorygować plan – w drugim spotkaniu Górnik zagrał zupełnie inaczej (bardziej agresywnie w obronie, cierpliwie w ataku), czym zaskoczył przeciwnika. W trakcie sezonu kilkukrotnie wyciągał zespół z kryzysów – np. po serii trzech porażek z rzędu w listopadzie, uspokoił nastroje i zmodyfikował rotacje, co zaowocowało potem imponującą serią wygranych.

Adamek to trener, który ufa statystykom i analizie video, ale nie zapomina o „czuju” i doświadczeniu. Jego zagrywki po przerwach na żądanie często przynosiły punkty – ileż to razy kibice widzieli, jak po timeout’cie rozrysowana akcja daje czystą pozycję Gotcherowi czy Smithowi. W końcówkach meczów Adamek generalnie wypada dobrze: bilans Górnika w spotkaniach rozstrzygniętych różnicą 3 punktów lub mniej był w sezonie 3-1 (wygrane m.in. 81:80 ze Spójnią, 66:64 z Czarnymi, 80:78 w finale PP, jedyna taka porażka to 72:74 z Zieloną Górą). To świadczy o tym, że zespół radził sobie w crunch time, zachowywał chłodną głowę i realizował założenia trenera. Wprawdzie w play-off dwie końcówki (mecz 3 i dogrywka meczu 4 z Legią) uciekły, ale trudno tu winić wyłącznie strategię – zawodnicy po prostu mogli nie unieść ciężaru chwili, a i przeciwnik prezentował klasę. Ogólnie trener Adamek zdał egzamin z końcówek na piątkę – Górnik nie notował paniki w decydujących momentach, często potrafił odrobić straty lub przypieczętować prowadzenie.

Warto też docenić rozwój poszczególnych graczy pod jego okiem. Wielu zawodników zaliczyło progres formy: Ike Smith rozwinął się w jednego z liderów ligi (sztab poprawił u niego choćby selekcję rzutową i grę tyłem do kosza), Grzegorz Kulka grał najlepszą koszykówkę w karierze, młody Aleksander Wiśniewski otrzaskał się w ekstraklasie i nabrał pewności (ale nadal trzymam się zdania, że ekstraklasa to za wysokie progi, póki co). To pokazuje, że Adamek potrafi łączyć wynik tu i teraz z dbaniem o postępy graczy – nie łatwa sztuka. Sam trener w wywiadach często był powściągliwy, unikał euforii, co pewnie dobrze wpływało na zespół (głowa w chmurach nie odleciała nawet po wygraniu Pucharu – Adamek powtarzał: „Skupiamy się na kolejnych meczach, sezon trwa”).

Trzeba też wspomnieć, że Adamek to nie nowicjusz – ma za sobą lata asystentury u boku Andreja Urlepa i innych świetnych fachowców, a jako pierwszy trener zdobył w przeszłości mistrzostwo Polski (Złoto 2012 z Treflem jako grający trener). Jego powrót do rodzinnego Wałbrzycha był strzałem w dziesiątkę – kto lepiej zrozumie specyfikę miejscowego środowiska niż wychowanek klubu? To widać było w każdym geście – Adamek żył meczem na 110%, czasem gestykulował jakby sam chciał wejść na parkiet, ale jednocześnie emanował spokojem i pewnością, które udzielały się zawodnikom.

Pod względem taktycznym chwalono go za elastyczność – Górnik potrafił zagrać wolno i siłowo z jednymi (np. zatopić Start Lublin defensywą 62:56), a innym razem pójść na wymianę ciosów (wygrana 104:108 z Stalą Ostrów po ofensywnym widowisku). To świadczy o tym, że trener Adamek umie dostosować plan gry do rywala, a nie kurczowo trzymać się jednego schematu. Za to duży plus.

Czy są jakieś minusy? Perfekcjonista powie, że rotacja bywała czasem zbyt wąska – w najważniejszych meczach Adamek ufał praktycznie 7-8 graczom, co np. w dogrywce z Legią mogło zaważyć (rywale mieli świeższe nogi). Można się zastanawiać, czy nie warto było wcześniej dać oddechu liderom. Z drugiej strony, trudno ganić trenera za chęć wygrania za wszelką cenę i trzymanie na boisku najlepszych, zwłaszcza gdy różnica poziomów między nimi a zmiennikami była odczuwalna.

Podsumowując, Andrzej Adamek wykonał kapitalną pracę. W pełni zasłużył na miano jednego z trenerów sezonu. Zbudował drużynę waleczną, zdyscyplinowaną, a przy tym grającą z polotem. Co ważne, przywrócił Wałbrzych na koszykarską mapę z przytupem, jednocześnie tonując nastroje i zapewniając, że „to dopiero początek drogi”. Jego ocena? Jeśli nie celująca, to bardzo dobra – drobne potknięcia nie przesłaniają faktu, że dał kibicom w rodzinnym mieście najwięcej radości od dekad.

Atmosfera: Wałbrzyski kocioł znów zapłonął

Nie sposób podsumować sezonu Górnika, nie wspominając o jednym z kluczowych „zawodników” drużyny – kibicach. Wałbrzych od lat słynął z fanatycznego dopingu dla biało-niebieskich, a powrót do PLK rozpalił tę publiczność do czerwoności. Hala Aqua Zdrój momentami przypominała dawne czasy „wałbrzyskiego kotła” z lat 80., gdy rywale drżeli przed wyjazdami do miasta na Dolnym Śląsku. Już pierwszy mecz sezonu u siebie pokazał potencjał – bilety na inauguracyjne starcie z Kingiem Szczecin rozeszły się błyskawicznie, a hala pękała w szwach (niestety, Górnik wtedy minimalnie przegrał, ale kibice i tak zgotowali drużynie owację). „Hala Aqua Zdrój nie jest z gumy, biletów dla wszystkich chętnych brakło” – pisano po hitowym meczu ze Śląskiem. Rzeczywiście, mecz derbowy z odwiecznym rywalem z Wrocławia miał wręcz mistyczny wymiar: Górnik w ekstraklasie nie grał ze Śląskiem od kilkunastu lat i oczekiwanie na ten pojedynek nakręcało lokalną społeczność tygodniami. Gdy wreszcie doszło do spotkania, atmosfera przerosła oczekiwania – wypełniona po brzegi hala niosła swoich ulubieńców do wspomnianego zwycięstwa 77:60. Doping nie ustawał ani na moment, a po meczu śpiewy niosły się długo w noc na wałbrzyskich ulicach.

Kibice Górnika pokazali się też z fantastycznej strony podczas turnieju finałowego Pucharu Polski w Sosnowcu. Kilkusetosobowa grupa fanów ubranych w biało-niebieskie barwy przez cały finał z Kingiem Szczecin prowadziła doping, który zagłuszał momentami nawet spikera. Gdy padła ostatnia syrena i stało się jasne, że Górnik zdobył Puchar, fani wtargnęli radośnie na parkiet razem z drużyną, świętując historyczny triumf. Były łzy szczęścia, wymiana koszulek, zdjęcia z trofeum – momenty, które każdy wałbrzyszanin będzie pamiętać do końca życia. W mediach społecznościowych #plkpl zaroiło się od nagrań i zdjęć tej fety – nawet neutralni kibice z całej Polski przyznawali, że „coś pięknego dzieje się w Wałbrzychu”.

Na co dzień mecze w Aqua Zdroju również miały wyjątkową oprawę. Klub kibica Górnika – reaktywowany po latach w ekstraklasie – dbał o oprawy meczowe, flagi, transparenty. Można było poczuć atmosferę niczym z piłkarskich stadionów: sektorówka z herbem klubu, odpalone race świetlne przed halą z okazji awansu do play-off, głośne śpiewy niosące się po trybunach. Dla wielu młodszych kibiców, którzy nigdy wcześniej nie widzieli Górnika na najwyższym szczeblu, było to spełnienie marzeń – wreszcie mogli kibicować swoim wśród najlepszych. Starsi fani z łezką w oku wspominali czasy Młynarskiego i Kozłowskiego, ciesząc się, że teraz ich dzieci i wnuki mogą doświadczać wielkich emocji.

Co ważne, wałbrzyscy kibice zyskali uznanie za pozytywny doping. Nie odnotowano poważniejszych incydentów czy kar dyscyplinarnych.* Przeciwnie – chwalono ich za to, że skupiają się na wspieraniu swojej drużyny, a nie na obrzucaniu rywali obelgami. Nawet podczas gorących meczów z Legią czy Śląskiem obyło się bez ekscesów – po prostu głośne, żywiołowe wsparcie swoich (pomijając przykry proceder z wtargnięciem na trybuny pseudokibiców Śląska). W mediach społecznościowych pojawiło się hasło „Twierdza Wałbrzych”, którego używali zarówno kibice, jak i oficjalne profile ligi. I choć Legia ostatecznie tę twierdzę zdobyła w play-off, to wrażenie pozostało: Wałbrzych znów jest jednym z najgorętszych terenów koszykarskiej Polski.

Sami zawodnicy wielokrotnie podkreślali, że doping dodawał im sił. „Nasi fani to szósty zawodnik, czuliśmy ich wsparcie w każdym meczu” – mówił Alterique Gilbert po jednym z wygranych thrillerów w domu. Dariusz Wyka nie krył wzruszenia po ostatnim meczu sezonu: „To była przyjemność grać dla tych ludzi. Nawet po porażce z Legią, kibice zostali i skandowali ‘Dziękujemy’. Coś pięknego, dla takich chwil się trenuje”. Rzeczywiście, po odpadnięciu z play-off publiczność w Wałbrzychu zareagowała klasą – podziękowała drużynie owacją na stojąco za cały sezon, a zawodnicy i sztab zebrali się i wspólnie wykonali tradycyjne „kółko” dziękczynne na środku boiska. Te obrazki pokazały jedność klubu i kibiców.

Podsumowując, atmosfera na meczach Górnika Wałbrzych była prawdziwym świętem koszykówki. Po latach posuchy miasto znów żyło basketem – od lokalnych gazet, przez portale, po rozmowy w kawiarniach, wszędzie dyskutowano o ostatnich wynikach i kolejnych rywalach. To bezcenne dla promocji koszykówki w regionie. Górnik zyskał nowych fanów, a dawni sympatycy wrócili z nawiązką. Można zaryzykować stwierdzenie, że Wałbrzych stał się jednym z najgłośniejszych i najbardziej oddanych ośrodków kibicowskich w PLK, co tylko dodaje kolorytu całej lidze. Jak napisał jeden z dziennikarzy: „Słowo 'brakowało’ przy Górniku jest jak najbardziej wskazane” – brakowało takiej atmosfery w polskiej koszykówce. Cieszy fakt, że biało-niebieski kocioł znów zapłonął pełnym ogniem, a jego płomień – miejmy nadzieję – będzie płonął przez kolejne sezony.

Zakończenie

Sezon 2024/2025 Górnika Wałbrzych przeszedł do historii jako opowieść o beniaminku, który nie bał się marzyć i te marzenia zrealizował z nawiązką. Piąte miejsce w lidze, ćwierćfinał play-off, zdobyty Puchar Polski – to osiągnięcia, o których przed startem rozgrywek nawet najwierniejsi fani mówili szeptem, by nie zapeszyć. Drużyna Andrzeja Adamka pokazała jednak, że ciężką pracą, zespołowością i odrobiną wiary można przekroczyć granice wyobraźni. Co ważne, zrobiła to w stylu godnym pochwały – bez wielkich pieniędzy, za to z wielkim sercem i mądrą filozofią budowy zespołu. Wałbrzych znów dumnie widnieje na koszykarskiej mapie kraju, a kibice Górnika już teraz z niecierpliwością wypatrują kolejnego sezonu, mając nadzieję, że ich drużyna powtórzy, a może nawet przebije tegoroczne osiągnięcia. Czy tak będzie – pokaże przyszłość. Jedno jest pewne: historia napisana przez biało-niebieskich w sezonie 2024/25 na długo pozostanie w pamięci kibiców nie tylko w Wałbrzychu, ale i w całej Polsce. A gdy emocje już nieco opadły, można spojrzeć na tę historię nieco poetycko – jak na piękny rozdział, w którym Dawid kilkukrotnie zatrząsł Goliatem, a sportowa magia znów przypomniała o swoim istnieniu. Górnik Wałbrzych udowodnił, że w sporcie wciąż jest miejsce na niespodzianki i bajkowe scenariusze – i za to należą mu się brawa. Brawo Górnik, brawo beniaminku – takie powroty chcemy oglądać!

Dziękuję za przeczytanie.

PS.
Krótkie wytłumaczenie – nie czuję się znawcą i ekspertem Górnika Wałbrzych, dlatego przepraszam jak przeinaczyłem historyczne fakty, dawne sezony i statystyki. O ile jestem w miarę pewien tego, co wyczytuję z pulsbasketu i plk.pl, tak czasem nie jestem w 100% czy dobrze łączę kropki czytając kilka archiwalnych źródeł na raz. Ewentualne korekty jak zawsze mile widziane. Dzięki!

*Dzieki za czujność @WK. 10 punktów przewagi a nie 7. No i zdarzyły się kary dyscyplinarne dla kibiców I zakaz wyjazdowy na trzy mecze.


Posted

in

,

by

Comments

Zostaw odpowiedź




Odkryj więcej z ...proud Bucks fan since 2002

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Nie przegap żadnego felietonu

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Dołącz do 19 innych subskrybentów

Czytaj dalej