Knicks-Pacers Czekając na wyniki w erze pikseli i telegazety.

Seria Knicks-Pacers z 1994 roku to coś więcej niż tylko koszykówka. To jeden z tych przypadkowych przełączników świadomości, które w mgnieniu oka potrafią wyrwać człowieka z teraźniejszości i rzucić w sam środek minionego dzieciństwa, kiedy wszystko było prostsze, bardziej surowe, a emocje miały ostrzejsze krawędzie. Takie wspomnienia nie pojawiają się na życzenie, nie można ich sztucznie wywołać – one wgryzają się w świadomość przypadkiem, jak zapach plastiku tanich zabawek czy dźwięk starej, gumowej piłki odbijającej się od futryny. Bo na dobrą sprawę nostalgia to cena, którą płacimy za intensywność wspomnień. I im piękniejsze były chwile, tym boleśniejsze bywa ich echo.

W tamtych latach w przedpokoju wisiał mały, plastikowy kosz. Był czerwony, z tandetną siatką przypominającą bardziej stary worek na cebulę niż prawdziwą siatkę z hali NBA. Miałem też gumową piłkę, trochę zbyt lekką, trochę zbyt małą, ale w mojej głowie zamieniała się w ciężkiego, idealnie wyważonego Spaldinga, którego z dumą mogłem zmieścić w dłoni i który odbijał się od ścian z głuchym dudnieniem, rozchodzącym się po całym, miniaturowym mieszkaniu. To był mój Madison Square Garden, moje Conseco Fieldhouse, , a ja byłem jednocześnie zawodnikiem, trenerem i publicznością.

Rzucałem jak natchniony – step-backi, fadeawaye, obroty przez lewe ramię, haki w stylu Ewinga, trójki z wyimaginowanej linii za trzy, której granicę wyznaczała linia między końcem dywanu a początkiem wystających z podłogi desek. Wyobrażałem sobie, że piłka przelatuje nad wyciągniętymi rękami obrońców, że trybuny szaleją, że zegar odlicza ostatnie sekundy, a ja muszę trafić, bo inaczej przegram wszystko – honor, przyszłość, dziecięce marzenia. Oczywiście, były airballe, ale wtedy czas się zatrzymywał i można było całą operację powtarzać tak długo, aż w końcu zakończyła się wygraną. Easy!

A potem, gdy już wyobrażone mecze kończyły się buzzer-beaterami, a piłka z głuchym hukiem lądowała za piecem, pakowałem się z tatą na prawdziwe boisko. Stare, betonowe, z nierówną nawierzchnią, z tablicą, która pamiętała jeszcze czasy Gierka. Tam, w cieniu bloków, odbijałem piłkę tak, jakbym miał coś do udowodnienia – sobie, tacie, wszystkim, którzy kiedykolwiek wątpili w moje umiejętności.

To były długie popołudnia, które trwały czasem tak aż słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a cienie rosły, wydłużając nasze sylwetki na popękanym betonie (albo do momentu aż w oknie w klatce schodowej pojawiła się sylwetka mamy wołającej nas na obiad czy na inną kukurydzę). Piłka odbijała się od nierównej nawierzchni, pełnej przebijających się tu i ówdzie korzeni, czasem skręcając w nieprzewidywalnych kierunkach, jakby chciała przypomnieć, że życie nigdy nie jest prostą linią – jak ta seria, w której Knicks najpierw wyszli na prowadzenie 2-0, by potem pozwolić Pacers wrócić do gry i wyrównać na 2-2. Jak w tamtym Game 5, gdy Miller zdobył 25 punktów w jednej kwarcie, zamieniając Madison Square Garden w cmentarzysko nadziei, tak i moje rzuty czasem wpadały bez oporu, a czasem lądowały gdzieś w krzakach za boiskiem. Albo, w najgorszym wypadku, na sąsiednim podwórku, przelatując nad murem z powyższego zdjęcia.

To były czasy, kiedy każda porażka bolała bardziej, a każda wygrana smakowała jak małe mistrzostwo świata. Każdy celny rzut był jak triumf, każdy blok jak mała zemsta, każdy udany kozioł bez kopnięcia piłki, jak manifest niezależności – jak tamten blok Ewinga na Smitsie w Game 7, kiedy Knicks ostatecznie przypieczętowali swój awans do Finałów. A potem wracaliśmy do domu, zmęczeni, czasem z błotem na kolanach, z zadyszką w płucach, ale z tym dziwnym uczuciem, że coś ważnego właśnie się wydarzyło, że świat na chwilę zatrzymał się, byśmy mogli przez chwilę poczuć, że jesteśmy nieśmiertelni.

I tak, w tych chwilach, kiedy piłka odbijała się od ściany, a ja wyobrażałem sobie, że jestem w środku Game 7 między Knicks a Pacers, czułem, że życie jest proste, że wszystko jest możliwe, że każdy rzut może wpaść – jeśli tylko wystarczająco mocno w to uwierzę. Jak Ewing, który w tamtym decydującym meczu zdobył 24 punkty, 22 zbiórki i 7 asyst, prowadząc Knicks do Finałów po raz pierwszy od 1973 roku.

Bo czasem warto dać się porwać tej fali wspomnień – zanurzyć się w nich jak w świeżym powietrzu letnich popołudni na betonowych boiskach, gdzie słońce raziło w oczy, piłka odbijała się od pękniętych płyt, a echo krzyków niosło się między blokami jak przypomnienie, że kiedyś niby wszystko było prostsze. W przeciwieństwie do serii Knicks-Pacers, gdzie każda sekunda miała znaczenie, każdy punkt był krokiem w stronę nieśmiertelności, a każdy faul mógł skończyć się mała boiskową wojną.

Czemu o tym piszę? Bo przypomniałem sobie czasy oglądania skrótów NBA na śnieżącym telewizorze, gdzie DSF wypluwał urywki wsadów i celnych trójek szybciej niż Teresa Orlovsky wypluwała klientów, a telegazeta wciągała mnie w swoją cyfrową, migającą rzeczywistość. To były chwile, kiedy odświeżanie strony 234 (dobrze pamiętam?) było małym rytuałem, a każda nowa linia wyników była jak odsłonięcie kolejnej warstwy prawdy o tym, co wydarzyło się tam, po drugiej stronie oceanu.

I choć Commodore 64 z czasem ustąpiło miejsca konsolom, telegazeta została ulepszona do NBAPP, a plastikowy kosz w przedpokoju dawno wylądował na śmietniku, to te wspomnienia wciąż mają swoje miejsce w mojej głowie – migają jak piksele na ekranie, raz po raz przywołując tamte dni. A teraz, przez cały sobotni poranek, znów czuję, jak wracam tam, mimo, że tylko na moment, to chwytam nostalgię pełnymi garściami.

Może dlatego ta seria, ten jeden koszykarski maj w 1994 roku, wciąż ma w sobie coś, co sprawia, że znowu przenosimy się do ery pikseli i telegazety.

Dzięki Knicks za pojechanie Pistons i Bostonu.
Dzięki Pacers za pojechanie Bucks i Cavs.


Posted

in

,

by

Comments

Zostaw odpowiedź




Odkryj więcej z ...proud Bucks fan since 2002

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Nie przegap żadnego felietonu

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Dołącz do 19 innych subskrybentów

Czytaj dalej