Bucks budzą się z letargu. Gary Trent Jr. game.

W Milwaukee najwyraźniej zaczęli rozumieć, że playoffy to nie jest konkurs grzecznego kiwania głową przeciwnikom i podziwiania ich rzutów zza łuku. W trzecim meczu Bucks wreszcie przypomnieli sobie, że mają mięśnie, serce i… Gary’ego Trenta Jr. – człowieka, który niespodziewanie zamienił się w Klay’a Thompsona na sterydach.

Po dwóch dramatycznych porażkach w Indianapolis, gdzie Bucks wyglądali jakby przyjechali na wycieczkę krajoznawczą, a nie na playoffy, tym razem pokazali coś więcej niż grzeczne uśmiechy i kolejne zgubione rotacje w obronie. Milwaukee wygrało 117:101 i zmniejszyło straty w serii do 1-2. W Fiserv Forum wreszcie było słychać nie tylko skrzypienie parkietu, ale i radosne westchnienia ulgi.

Gary Trent Jr. – od rezerwowego do wybawcy

Nie ma co się czarować – Bucks nie wygraliby tego meczu bez Gary’ego Trenta Jr. Ten niepozorny strzelec, który do tej pory balansował gdzieś pomiędzy ławką a końcówką rotacji, dostał niespodziewanie miejsce w pierwszej piątce i… eksplodował. 37 punktów, 9/12 zza łuku – wynik, który nie tylko wyrównał klubowy rekord Raya Allena, ale i przywrócił nadzieję, że Milwaukee jeszcze żyje.

— Moje nastawienie było proste: wejść i wygrać — skomentował skromnie po meczu Trent, jakby właśnie wrócił z zakupów, a nie dokonał jednej z największych demolek zza łuku w historii Bucks.

Co ważniejsze, Gary nie tylko trafiał wszystko, co mu podrzucono, ale także rzucił się jak wygłodniały do obrony na Tyrese’a Haliburtona. Efekt? Haliburton zatrzymany na 14 punktach i ledwie 10 asystach – wynik wręcz poniżający jak na jego standardy.

Doc Rivers, który w końcu zdecydował się na zmiany, tłumaczył po meczu: — Chcieliśmy kogoś, kto odważnie zaatakuje Haliburtona. Trent był idealny – agresywny w ataku, szybki w obronie. Zagrał kapitalnie.

No cóż, czasami najprostsze rozwiązania są najlepsze. Szkoda, że potrzebowaliśmy dwóch porażek, by do tego dojść.

Bucks: powrót fizyczności i rozumu

Na początku sezonu Doc Rivers żartował, że jego zespół jest „starszy, ale większy” niż reszta NBA, więc nie zamierzają ścigać się z młodzieniaszkami jak Thunder. Plan był prosty: dominować siłą. Plan został na chwilę zapomniany, ale w Game 3 wreszcie wrócił w pełnej krasie.

Milwaukee w drugiej połowie zmiażdżyło Pacers 70:44. Owszem, w pierwszej połowie trafiali zza łuku jakby mieli zamknięte oczy (4/23), ale po przerwie weszli na poziom 11/18. A.J. Green dołożył swoje trzy grosze z ławki (12 punktów, 4/8 zza łuku), Jericho Sims dał solidną defensywną zmianę, a Kevin Porter Jr. – mimo nadal licznych wahań formy – w końcu przestał rozdawać piłki rywalom jak ulotki na ulicy.

Bobby Portis? Po dwóch bezbarwnych meczach znowu przypominał, że w jego żyłach płynie coś więcej niż lukier. 10 punktów, twarda gra, intensywność. Bucks wreszcie wyglądali jak zespół, który wie, po co wyszedł na parkiet.

— W dwóch pierwszych meczach brakowało nam agresji — przyznał Portis. — Teraz ją pokazaliśmy i widać było różnicę.

No naprawdę, Bobby? Kto by się spodziewał, że jak zaczniemy walczyć, to będzie lepiej?

Lillard w cieniu

W całym tym festiwalu triumfu warto zauważyć też cichy dramat Damiana Lillarda. Gwiazda Bucks trafiła ledwie 2 z 12 rzutów i zakończyła mecz z siedmioma punktami. Ale – żeby nie było – zaliczył dwa efektowne bloki i dwa przechwyty. Jeśli ktoś by nie patrzył na statystyki rzutowe, mógłby pomyśleć, że to był jego świadomy wybór: postawić na obronę i poświęcenie dla drużyny.

— Moim celem było znaleźć sposób, by pomóc wygrać — powiedział Lillard. — Nieważne, jak to miało wyglądać.

No cóż, jeśli „pomóc” oznacza trafić jeden rzut zza łuku na osiem prób, to Damian rzeczywiście był wyjątkowo konsekwentny.

Czas na refleksję: czy Bucks naprawdę wrócili?

Po tym meczu euforia w Milwaukee jest niemal namacalna, ale trzeba pamiętać, że to wciąż tylko jeden mecz. Giannis przypomniał o tym po spotkaniu, mówiąc:

— Musimy pozostać pokorni. To tylko jedno zwycięstwo.

I słusznie. Indiana nadal prowadzi 2-1 w serii, a Pacers to drużyna, która potrafi błyskawicznie zamienić każdy entuzjazm rywala w groteskową farsę. Milwaukee potrzebuje jeszcze dwóch takich meczów jak ten, żeby naprawdę odzyskać kontrolę.

Fizyczność? Została wreszcie odnaleziona. Strzelec zza łuku, którego desperacko potrzebowali? Znaleziony. Rotacje? W końcu ogarnięte. Czy ta drużyna potrafi jednak utrzymać taki poziom, gdy emocje nieco opadną?

AJ Green zapytany o to, czy taki styl da się kontynuować, tylko się uśmiechnął: — Tak, myślę, że tak. Robiliśmy to już w tym sezonie. Teraz musimy dalej w to wierzyć i konsekwentnie to robić.

Pozostaje nam tylko trzymać kciuki, że ten raz wreszcie naprawdę „uwierzą”. Bo kolejna wpadka i cała ta piękna narracja o powrocie do korzeni może równie szybko rozpaść się jak… obrona Bucks w pierwszych dwóch meczach serii.


Posted

in

,

by




Odkryj więcej z ...proud Bucks fan since 2002

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej

Nie przegap żadnego felietonu

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Dołącz do 20 innych subskrybentów

Czytaj dalej